Ochroniarze weszli do środka, chwytając Marka za biceps zniszczonego garnituru i fizycznie eskortując Beatrice za łokieć.
Kiedy Beatrice była siłą wyprowadzana na korytarz, krzycząc na cały głos, że jestem „zdrajczynią” i „potworem”, w drzwiach pojawił się wysoki mężczyzna w ciemnym, skromnym, grafitowym garniturze. Nie był lekarzem. Nie nosił stetoskopu.
Spokojnie wyciągnął skórzany portfel z wewnętrznej kieszeni i pokazał srebrną odznakę federalną.
„Mark Vance?” – zapytał mężczyzna niskim głosem, w którym brzmiała absolutna siła rządu Stanów Zjednoczonych. – Jestem agent specjalny Miller z Wydziału Śledczego IRS. Przed chwilą otrzymaliśmy dość fascynującego e-maila. Chcielibyśmy porozmawiać z panem na temat serii fikcyjnych kont w Delaware.
Sześć miesięcy później duszna atmosfera tej szpitalnej sali wydawała się odległym, wyblakłym koszmarem.
Siedziałam w pluszowym skórzanym fotelu w moim nowym, narożnym biurze z podwyższonym bezpieczeństwem, z widokiem na mglistą przestrzeń Puget Sound. Ściany wyłożone były dźwiękoszczelnym szkłem, a w tle cicho grała łagodna jazzowa melodia. W kącie Leo radośnie gaworzył w ogromnym, specjalnie zbudowanym kojcu, otoczony drewnianymi zabawkami i miękkimi kocami.
Zadzwonił domofon na moim biurku. To był mój prawnik, dzwoniący z ostatnią, wspaniałą informacją o rozbiórce domu rodziny Vance.
„Sfinalizowane, Eleno” – zatrzeszczał z głośnika głos mojego prawnika, czysty i głęboko satysfakcjonujący.
Odchyliłam się do tyłu, splatając palce. „Powiedz mi”.