Nawet dziś z trudem opowiadam tę historię bez ściśniętego gardła.
Nie widziałem Claire prawie trzy lata.
Od naszego rozwodu.
Nasze małżeństwo nie zakończyło się skandalem. Nie było ukrytego kochanka, żadnej brutalnej sceny, żadnej spektakularnej zdrady. Nie. Było wręcz gorzej.
Nasza miłość powoli umierała.
Dławiąc się niekończącymi się dniami, niekończącymi się spotkaniami, ciszą przy kolacji, bezmyślnymi uwagami, które tliły się niczym drzazgi.
Na początku się kłóciliśmy.
Potem przestaliśmy się kłócić.
I wtedy wszystko stało się naprawdę niebezpieczne.
Bo para, która się kłóci, wciąż cierpi.
Para, która już ze sobą nie rozmawia, już zaczęła się od siebie oddalać.
Nazywam się Julien Morel. Mieszkałem wtedy w Paryżu i pracowałem dla dużej grupy nieruchomości specjalizującej się w projektach hotelowych. Moje życie było wypełnione po brzegi harmonogramem, z telefonami o każdej porze, aktami piętrzącymi się na biurku i walizkami zawsze spakowanymi pod drzwiami.
Z kolei Claire wyjechała z Paryża po naszym rozwodzie.
Wyjechała do Marsylii, gdzie znalazła pracę w hotelarstwie, niedaleko Starego Portu. Wspólni znajomi czasami informowali mnie o jej stanie, nawet o to nie pytając. Mówili, że czuje się lepiej. Że wydaje się spokojniejsza. Że odzyskała blask. Że rzadko mówi o swoim dawnym życiu.
A ja udawałam, że nie chcę wiedzieć.
Do dnia, w którym moja firma wysłała mnie do Marsylii.
Projekt był prosty: wycenić działkę nad morzem pod przyszły kompleks hotelowy, spotkać się z dwoma lokalnymi partnerami, napisać raport i wrócić do Paryża czterdzieści osiem godzin później.
Nic więcej.
Przyjechałam w czwartek wieczorem, wyczerpana podróżą pociągiem, z tym szczególnym zmęczeniem, które odczuwa się, gdy zbyt często podróżuje się służbowo. Zostawiłem walizkę w hotelu niedaleko Corniche, odsłoniłem zasłony na Morze Śródziemne i wyszedłem na spacer.
Marsylia miała światło, jakiego Paryż nigdy nie ma.
Światło szczere, wręcz bezczelne.
Tarasy były pełne, skutery śmigały, rozmowy wydawały się głośniejsze, żywsze. W powietrzu unosił się zapach soli, grillowanej ryby, ciepłego kamienia i tej lekko chaotycznej wolności Południa.
Wszedłem do małego baru niedaleko Starego Portu.
Nic wyszukanego.
Kilka drewnianych stolików, przyćmione światło, brzęk kieliszków, stara francuska piosenka dobiegająca ze zmęczonego głośnika. Chciałem się po prostu napić, pobyć chwilę sam, pozwolić myślom zwolnić.
Zamówiłem piwo.
Potem podniosłem wzrok.
I ją zobaczyłem.
Claire była przy barze.
Odwrócona do mnie plecami.