Nie wiem, jak to wytłumaczyć, ale rozpoznałem ją, zanim jeszcze zobaczyłem jej twarz.
Sposób, w jaki związała włosy. Sposób, w jaki trzymała szklankę, nie pijąc. Ta lekko wyprostowana, lekko odległa postawa, jakby obserwowała świat zza niewidzialnej tafli szkła.
Serce podskoczyło mi tak gwałtownie, że o mało nie odstawiłam krzywo szklanki.
Potem się odwróciła.
Nasze oczy się spotkały.
Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.
Świat wokół nas toczył się dalej – śmiech, kelnerzy, hałas ulicy – ale między nią a mną czas się zatrzymał.
„Julien?”
Jej głos.
Nie słyszałam go od trzech lat.
A jednak moje ciało rozpoznało ją, zanim jeszcze mój umysł ją rozpoznał.
— Claire…
Nie wiem, jak długo tam staliśmy, patrząc na siebie jak dwoje ocalałych z katastrofy, której nikt inny nie mógł pojąć.
Potem się uśmiechnęła.
Niezbyt szeroko.
Uśmiech ostrożny.
Uśmiech, który niemal prosił o pozwolenie na istnienie.
Usiedliśmy przy tym samym stole.
Na początku rozmawialiśmy jak dwoje uprzejmych nieznajomych, którzy wiedzą o sobie o wiele za dużo.
Spytała mnie, czy nadal tyle pracuję.