Wiem.
Że dorośli czasem popełniają błędy. Że byli małżonkowie czasem wpadają sobie w ramiona, nie mając z tego żadnego znaczenia. Że ta czerwona plama nic nie znaczy. Że panika w jej oczach była tylko złym wspomnieniem, źle przechowywanym.
Ale znałam Claire.
Wiedziałam, kiedy kłamała, żeby się chronić.
I tego ranka, w tym pokoju hotelowym w Marsylii, nie uciekła ode mnie.
Uciekła od czegoś, czego nie umiała nazwać.
Wróciłam do Paryża z ciałem obecnym, ale myślami wciąż tu, gdzieś między zmiętą kartką, porannym światłem i jej bladą twarzą przy oknie.
W biurze udawałam.
Uczestniczyłam w spotkaniach, zatwierdzałam plany, odpowiadałam na e-maile, omawiałam budżety i terminy. Ale wszystko wydawało się odległe. Głosy wokół mnie głuchły za szybą.
Za każdym razem, gdy mój telefon wibrował, moje serce biło szybciej.
Za każdym razem to nie była ona.
Mijały dni.
Potem tygodnie.
A ja robiłam to, co zawsze umiałam: jeszcze bardziej starałam się przestać myśleć.
To była moja specjalność.
Wypełniałam ciszę, aż w końcu przestałam ją słyszeć.
Prawie miesiąc po tamtej nocy w Marsylii, mój telefon zadzwonił o 6:17 rano.
Nieznany numer.
Odebrałam, wciąż na wpół śpiąca, z ochrypłym głosem.
„Halo?”
Kobieta mówiła spokojnym, precyzyjnym tonem osoby przyzwyczajonej do izb przyjęć.
„Pan Julien Morel?”