Witaminach.
Papierkowej robocie.
Praktycznych, uspokajających, konkretnych rzeczach.
Potem, krok po kroku, rozmawiałyśmy o sobie.
Naprawdę.
Rozmawiałyśmy o rozwodzie.
Nocach, kiedy spałyśmy obok siebie, nie dotykając się.
Posiłkach, podczas których każda z nas patrzyła w telefon, żeby uniknąć patrzenia na drugą.
Słowa, które połykałyśmy.
Rany, które zamieniałyśmy w mury.
Dniach, kiedy kochałyśmy się w milczeniu, zbyt dumne, by się do tego przyznać.
Czasami było brzydko.
Czasami boleśnie.
Były łzy.
Wzajemne oskarżenia.
Pauzy.
Cisze, które były przerażające, bo tak bardzo przypominały te stare.
Ale tym razem żadne z nas nie uciekło.
Claire rozpoczęła terapię.
Kilka tygodni później ja zrobiłam to samo.