Kiedy dotarłam do szpitala, pielęgniarka zaprowadziła mnie do sali o bladych ścianach.
Claire siedziała na łóżku, z białym prześcieradłem naciągniętym na nogi. Włosy miała pospiesznie związane. Twarz miała zmęczoną, chudszą niż pamiętałam, z cieniami pod oczami.
Kiedy mnie zobaczyła, nie wydawała się zaskoczona.
Wyglądała na przybitą.
Jakby wiedziała, że ta chwila nadejdzie.
Stałam na progu.
„Czy wpisał mnie pan do kontaktów alarmowych?”
Spuściła wzrok.
„Nikogo innego nie miałam”.
To zdanie dotknęło mnie do głębi.
Nie dlatego, że było dramatyczne.
Bo było proste.
Claire mieszkała w Marsylii od trzech lat. Pracowała, miała kolegów, znajomych, może przyjaciół. Ale w chwili, gdy jej ciało odmówiło posłuszeństwa, to moje imię zostawiła za sobą.
Imię mężczyzny, z którym się rozwiodła.
Imię mężczyzny, od którego uciekła wczesnym rankiem.
Podszedłem powoli.
„Powiedz mi, co się dzieje”.
Zacisnęła palce.
Jej usta drżały.
„Próbowałam sobie poradzić sama”.