Może niektóre rzeczy, gdy są zbyt długo powstrzymywane, po prostu się dzieją.
Tej nocy Claire przyszła ze mną do mojego pokoju hotelowego.
Nie myślałam.
A raczej odmawiałam myślenia.
Powtarzałam sobie, że to słabość, złe pożegnanie, noc stracona w mieście daleko od Paryża, coś, co zostawimy za sobą wraz z pogniecioną pościelą i światłami Marsylii.
Nie rozmawiałyśmy o jutrze.
Nie rozmawiałyśmy o zaczynaniu od nowa.
Niczego nie obiecywaliśmy.
Stało się.
I przez kilka godzin myślałam, że życie właśnie oddało mi to, co zabrało.
Ale rano wszystko się zmieniło.
Obudziłam się późno, gdy słońce przebijało się przez białe zasłony sypialni. Z oddali dobiegał szum morza, mieszając się z klaksonami miejskich samochodów. Przez kilka sekund nie drgnęłam.
Claire już stała przy oknie.
Miała na sobie jedną z moich koszul.
Miała rozpuszczone włosy.
Patrzyła na zewnątrz z dziwną delikatnością, niemal roztargniona.
A ja, w tej chwili zawieszenia, poczułam coś niebezpiecznego.
Spokój.
Ten spokój, który pozwala zapomnieć o ruinach.
Spokój, który szepcze, że być może tym razem wszystko mogłoby być inaczej.
Wtedy wstałam.
I zobaczyłam prześcieradło.
Była na nim czerwona plama.
Niewielka.
Ale na tyle widoczne, że całe moje ciało zamarzło.
Wyrazista plama.
Nieruchoma.
Niemożliwa do zignorowania.
Poczułam, jak zapiera mi dech w piersiach.
Claire się odwróciła.
Widziała moją twarz.
A potem zobaczyła prześcieradło.