Skłamałem.
Powiedziałem, że wszystko w porządku.
Opowiedziała mi o swojej pracy w hotelu niedaleko Starego Portu, o wymagających gościach, zagubionych turystach, o przepełnionych latem godzinach szczytu, o Marsylii, którą nauczyła się kochać pomimo panującego tam chaosu.
Spytałem ją, czy jest szczęśliwa.
Wpatrywała się w kieliszek trochę za długo.
„Jestem spokojniejsza” – odpowiedziała.
To już nie to samo.
Ale nie drążyłem tematu.
Potem, nieświadomie, jak to możliwe, rozmowa stała się łatwiejsza.
Śmialiśmy się z fatalnego weekendu w Étretat, gdzie padało od rana do nocy. Przypomniała mi tę absurdalną kłótnię o psa, którego nigdy nie adoptowaliśmy, bo żadne z nas nie chciało się przyznać, że go chcemy. Wspomniałem o jej zwyczaju układania książek według kolorów, co doprowadzało mnie do szału.
Roześmiała się.
A ten śmiech bolał bardziej, niż myślałem, że to możliwe.
Bo zapomniałem, jak bardzo za nią tęsknię.
Najgorsze,
Tego wieczoru nie widziałem jej już więcej.
Najgorsze było to, że wszystko wciąż wydawało się takie naturalne.
Jakby trzy lata były tylko nawiasem.
Jakby nasza historia po prostu wstrzymała oddech.
Około północy zapytała mnie, gdzie się zatrzymałem.
Podałem jej nazwę hotelu.
Uśmiechnęła się smutno.
„Wiem. Często tutędy przejeżdżam służbowo”.
Potem zaproponowała spacer.
Powinienem był odmówić.