Powinienem był powiedzieć, że mam wczesne spotkanie następnego dnia, że to zły pomysł, że niektórych drzwi nie powinno się otwierać tylko dlatego, że akurat przechodzisz.
Ale poszedłem za nią.
Jak człowiek, który myśli, że jest rozsądny, dopóki jego przeszłość się do niego nie odezwie.
Szliśmy wzdłuż morza.
Noc była łagodna. Corniche rozciągał się przed nami, światła migotały na ciemnej wodzie, a Marsylia nagle wydała się spokojniejsza, niemal czuła.
Rozmawialiśmy o prostych rzeczach.
Potem o mniej prostych.
O naszym rozwodzie.
O tym, czego nie mogliśmy sobie powiedzieć.
O tym, jak w końcu staliśmy się dwojgiem ludzi, którzy mijali się w tym samym mieszkaniu, tak naprawdę się nie widząc.
„Wiesz, co bolało mnie najbardziej?” – wyszeptała.
Spojrzałem na nią.
„Nie”.
Szła dalej, wpatrując się w morze.
„Nie chodzi o to, że nigdy cię tam nie było. Chodzi o to, że nawet kiedy tam byłeś, czułam, że jesteś już gdzie indziej”.
Te słowa uderzyły mnie mocniej, niż chciałem przyznać.
Bo były prawdziwe.
Nie odpowiedziałem od razu.
Potem powiedziałem:
„I miałem wrażenie, że już na mnie nie czekasz”.
Spuściła głowę.
„Może po prostu za długo czekałam”.
Cisza, która zapadła, była ciężka.
Ale nie pusta.
To była cisza wypełniona wszystkim, co zbyt szybko pogrzebaliśmy.
Szliśmy dalej, wolniej.
W pewnym momencie Claire się zatrzymała.
Spojrzała na mnie z tym wyrazem twarzy, który znałam aż za dobrze: mieszaniną zmęczenia, czułości i strachu.
Nie wiem, które z nas zrobiło pierwszy krok.
Może żadne z nas.