Spojrzałem na jej dłoń spoczywającą na brzuchu.
Potem spojrzałem na nią.
„Tak”.
Wstrzymała oddech.
Dodałem więc:
„Ale może to wszystko zmieni na lepsze”.
Jej oczy znów napełniły się łzami.
Ale tym razem było coś jeszcze.
Na razie nie radość.
Było za wcześnie.
Za kruche.
To była nadzieja.
A czasami nadzieja drży mocniej niż strach.
Zostałem w Marsylii.
Na początku na kilka dni.
Później na tydzień.
Potem już nie ustalałem daty.
Wynająłem małe umeblowane mieszkanie niedaleko Prado. Pracowałem zdalnie, kiedy tylko mogłem, wracając do Paryża tylko wtedy, gdy spotkania tego absolutnie wymagały, i po raz pierwszy od lat praca przestała być centrum mojego życia.
Nie było łatwo.
Nic nie było łatwe.
Claire i ja szłyśmy ostrożnie, jak dwie osoby przechodzące przez stary, chwiejny most, wiedząc, że jedno ostre słowo może sprawić, że deska zatrzeszczy.
Na początku rozmawiałyśmy głównie o dziecku.
Wizytach u lekarza.
Badaniach.
Mdłościach.