„Sprzedaj to” – mruknęła Amandine.
Listopadowy deszcz spływał jej po twarzy, gdy szczelniej otulała kocem swoją nowo narodzoną córeczkę. Mała Rose, mająca zaledwie cztery dni, spała przytulona do jej piersi, nieświadoma, że ojciec właśnie porzucił ich przed własnym domem.
Przez telefon Maître Claire Beaumont milczała.
Przez dziewięć lat pomagała Amandine w najbardziej skomplikowanych kontraktach dla swojej firmy doradztwa finansowego. Widziała, jak konfrontuje się z agresywnymi akcjonariuszami, bezwzględną konkurencją i prowadzi negocjacje, które niekiedy przeciągały się do samego środka nocy.
Ale nigdy wcześniej nie słyszała tego głosu.
Zmęczonego, niemal łamiącego się głosu, za którym już huczało coś groźniejszego niż gniew.
„Czy nieruchomość Saint-Cloud nadal należy do waszej spółki holdingowej, utworzonej przed ślubem?”
„Tak.”
„Julien nie ma żadnych udziałów?”
„Ani jednego.”
„Pożyczka?”
„Spłacić 14 miesięcy temu”.
„Czy twoja intercyza nadal przewiduje całkowitą rozdzielność majątkową?”
„Tak”.
Claire wzięła głęboki oddech.
„A Rose urodziła się zaledwie cztery dni temu?”
Amandine spojrzała na spokojną buzię przytuloną do niej.
„Właśnie wyszłam z sali położniczej. Julien miał nas odwieźć do domu. Zamiast tego kazał szoferowi dostarczyć moje walizki, zmienił wszystkie kody i pojechał do Nicei z matką i siostrą”.
Za Amandine okna willi rzucały ciepłe światło. Widziała żyrandol w przedpokoju, sofę, którą wybrała w czasie ciąży, a na końcu korytarza drzwi do pokoju Rose.
Pokoju, który sama przygotowała.
Dom został kupiony na długo przed tym, jak poznała Juliena, w czasach, gdy czasami sypiała w swoim biurze w La Défense, aby ratować firmę. Każdy kamień symbolizował nieprzespaną noc, ryzyko, poświęcenie.
A jednak przez lata rodzina Juliena zachowywała się tak, jakby to był odziedziczony majątek.
Monique, jego macocha, organizowała świąteczne posiłki, nie pytając go o zdanie. Przestawiała meble, przydzielała pokoje i prezentowała willę jako przyszłą rezydencję rodziny Delmas.
Sophie, siostra Juliena, wypełniła klatkę schodową portretami swojej rodziny. Zaprosiła przyjaciół do basenu i powiedziała swobodnie:
„U nas w Saint-Cloud mamy wystarczająco dużo miejsca dla wszystkich”.
Julien z kolei zabawiał kolegów w dużym salonie, opowiadając o swojej posiadłości, ogrodzie i dziedzictwie.
Jakby ślub z Amandine dał mu prawa do wszystkiego, co zbudowała przed nim.
Klawiatura w drzwiach zaświeciła się na czerwono.
Wstęp wzbroniony.
„Claire” – kontynuowała Amandine – „czy grupa Delcourt nadal jest zainteresowana tym budynkiem?”
„Ich oferta nigdy nie została wycofana. Chcieli przekształcić go w prywatną rezydencję dla swoich międzynarodowych dyrektorów”.
„Skontaktuj się z nimi”.
„Amandine, właśnie urodziłaś. Nie podejmuj decyzji pod wpływem impulsu”.
Obserwowała krople wody spływające po szybie za łóżeczkiem córki.
„Nie sprzedaję pod wpływem impulsu. Sprzedaję, bo właśnie zdałam sobie sprawę, że ten dom nie jest już domem”.
Claire nie sprzeciwiała się.
„Gdzie będziesz spała?”
„U Camille”.
„Czy twoja siostra wie, co się stało?”
„Jeszcze nie”.
„Zadzwoń do niej natychmiast. I nie zostawaj sama przed domem”.
Amandine rozłączyła się i wybrała numer Camille.
Jej siostra odebrała po pierwszym sygnale.
„Jesteś w domu?”
„Jestem przed domem”.
„Dlaczego na zewnątrz?”
Głos Amandine załamał się.
„Julien zmienił kody”.
Na linii zapadła ciężka cisza.
„Czy Rose jest z tobą?”
„Tak”.