„Nie ruszaj się. Jadę”.
„Mogę prowadzić”.
„Ledwo stoisz. Nie ruszaj się”.
Amandine zamknęła oczy.
„Pojechał do Nicei z Monique i Sophie. Zarezerwowali apartament z widokiem na morze, żeby świętować, cytuję, „początek nowego życia”.
Camille wypowiedziała zdanie zdławione gniewem, po czym jej głos złagodniał.
„Spójrz na swoją córkę. Skup się na niej. Zaraz tam będę”.
Kiedy reflektory Camille w końcu pojawiły się na końcu alei, Amandine zamarła. Camille wysiadła z samochodu z dużym parasolem, podbiegła do niej i natychmiast osłoniła Rose.
„Wsiadaj. Natychmiast”.
W środku grzejnik otulał Amandine niemal bolesnym ciepłem. Camille przyglądała się wilgotnemu kocowi, bladej twarzy siostry i jej drżącym dłoniom.
„Zostawił cię na zewnątrz z czterodniowym dzieckiem?”
Amandine skinęła głową.
„Powiedział, że odmawiam kompromisu”.
„Jakiego kompromisu?”
„Dodania swojego nazwiska do akcji spółki, która jest właścicielem domu. Prosił mnie o to od dwóch lat. Odkąd byłam w ciąży, nalegał każdego dnia”.
Camille gwałtownie uruchomiła silnik.
„Mówiłam ci, że nie zniesie twojego sukcesu”.
„Na początku,
Był z tego dumny.
„Nie. Na początku myślał, że może się tym cieszyć, nie tracąc twarzy”.
Łzy, które Amandine powstrzymywała od czasu, gdy była na oddziale położniczym, w końcu popłynęły.
„Byłam przekonana, że po nas przyjedzie. Przysłał mi kierowcę. Nawet w szpitalu ledwo trzymał Rose na rękach”.
„Bo nie chciał rodziny. Chciał twojego imienia, pieniędzy i adresu”.
U Camille zapach zupy jarzynowej i czystego prania zastąpił zapach deszczu. Jej siostra w kilka minut przygotowała pokój gościnny, rozłożyła małą kołyskę i rozgrzała ręczniki.
Po przebraniu Rose i zmierzeniu jej temperatury, Amandine usiadła przed komputerem.
Czekała na nią pilna wiadomość od Claire.
Grupa Delcourt zaoferowała 9 800 000 euro za przejęcie spółki holdingowej, która była właścicielem willi, z natychmiastowym przejęciem wszystkich jej zobowiązań. Cena była nieco niższa od szacowanej wartości maksymalnej, ale kupujący zrzekł się standardowych warunków wstępnych. Przeniesienie własności mogło zostać podpisane już następnego dnia u notariusza, pod warunkiem opuszczenia lokalu przez lokatorów.
Claire dodała notatkę.
„Prawnik grupy zna twoją sytuację. Jest gotowy podjąć niezbędne, pilne kroki. Nie podpisuj niczego bez wspólnego omówienia wszystkich klauzul”.
Amandine długo wpatrywała się w ekran.
Smutek stopniowo ustąpił miejsca mrożącej krew w żyłach jasności.
Napisała:
„Zaakceptuj cenę. Przygotuj przeniesienie własności. Podpiszę jutro rano”.
Camille, stojąca za nią, przeczytała wiadomość.
„Jesteś pewna?”
„Julien uważa, że dom zmusi mnie do uległości. Myśli, że wolałabym oddać mu połowę, niż stracić pokój Rose”.
„A ty wolałabyś sprzedać wszystko”.
„Wolałabym wychować córkę w porządnym mieszkaniu niż w willi, gdzie jej ojciec używa ścian, żeby mi grozić”.
Następnego ranka Camille położyła telefon przed Amandine, karmiąc Rose butelką.
Na ekranie Sophie wrzuciła zdjęcie zrobione na tarasie hotelu w Nicei. Julien, Monique i ona wznosili toast z widokiem na Morze Śródziemne.
Podpis brzmiał: „Za nowe początki, za prawdziwe rodziny i za dziedzictwo, które w końcu wraca do tych, którzy na nie zasługują”.
Monique skomentowała: „Mój syn w końcu odzyskał kontrolę nad swoją przyszłością”.
Amandine nie czuła już bólu.
Tylko obrzydzenie.
„Są przekonani, że się poddasz” – wyszeptała Camille.
„Julien widział mnie wyczerpaną, ze szwami i płaczącym dzieckiem całą noc. Wziął wyczerpanie za słabość”.
Zadzwonił jej telefon.
Claire szybko przemówiła.
„Podpisanie umowy zaplanowano na 10:30. Będzie tam dyrektor Grupy Delcourt. Nalegał na osobiste spotkanie z panem”.
„Kto tym zarządza?”
„Henri Delcourt”.
Nazwisko uderzyło Amandine niczym grom z jasnego nieba.
Henri Delcourt nie był tylko jednym z najbardziej wpływowych inwestorów we Francji. Jego fundusz posiadał znaczący udział w Valoris Capital, firmie, w której Julien pracował jako szef rozwoju.
Przez ostatnie osiem miesięcy Julien robił wszystko, co w jego mocy, aby przekonać Henriego do awansowania go do komitetu wykonawczego.
„Henri wie, że willa jest moja?”
„Teraz wie. I odkrył coś jeszcze”.
Głos Claire stał się ciemniejszy.
„Od kilku miesięcy Julien przedstawia tę nieruchomość jako majątek osobisty w swoich dokumentach biznesowych. Złożył oświadczenia, w których twierdzi, że kontroluje spółkę holdingową”.
„To nieprawda”.
„Wiemy o tym. Ale są co najmniej trzy dokumenty z podpisem, który wygląda jak twój”.
Amandine mocno przytuliła Rose.
„Sfałszował mój podpis?”
„Właśnie to musimy sprawdzić. Henri wszczął wczoraj wieczorem audyt wewnętrzny”.
O 10:30 Amandine weszła do kancelarii notarialnej, ubrana w czarne spodnie i prosty płaszcz. Wciąż odczuwała ból. Każdy krok potęgował bóle porodowe, ale nie chciała, żeby ktokolwiek zobaczył, jak krucha jest.
Henry Delcourt czekał na nią z Claire.
W wieku 63 lat emanował cichą obecnością kogoś, kto nie musi podnosić głosu, żeby być posłusznym.
„Madame Vernier” – powiedział, ściskając jej dłoń – „głęboko żałuję okoliczności tego spotkania”.
„Dziękuję za podtrzymanie oferty”.
„Nie podtrzymałem jej z litości. Ta nieruchomość reprezentuje prawdziwy projekt”. Ale kiedy dowiedziałam się, kim jest twój mąż, poprosiłam o przyspieszenie audytu.
Położył przed nią teczkę.
„Julien Delmas twierdził, że dom należy do niego. Wykorzystał to, żeby usprawiedliwić sytuację finansową, której nie ma”.
Claire otworzyła stronę.
„Założył też firmę o nazwie JMD Participations”.
Amandine od razu rozpoznała tę nazwę. Sześć tygodni wcześniej ta firma próbowała dyskretnie kupić udziały w jej firmie konsultingowej.
Myślała, że to próba przejęcia przez
Konkurentka wykorzystująca jej urlop macierzyński.
„Czy to on?”