Kiedy wyszedł, nie płakałam przez trzy dni. Po prostu chodziłam po mieszkaniu i dotykałam rzeczy, które zostawił. Kubek na suszarce. Kapcie pod łóżkiem. Stara gazetka z programem telewizyjnym z zakreślonym meczem.
Dopiero czwartego dnia, kiedy poszłam do łazienki i zobaczyłam jego szczoteczkę do zębów – jedyną rzecz, o której zapomniał – usiadłam na podłodze i płakałam tak, że sąsiad z dołu zapukał w sufit.
Potem było gorsze. Miesiące, kiedy budziłam się o czwartej rano i leżałam w ciemności, nasłuchując. Telefon, który nie dzwonił. Wigilia, przy której siedziałam z Moniką, jej mężem Grzegorzem i wnuczką Olą, i wszyscy udawali, że puste krzesło nie istnieje. Mama dzwoniła co niedzielę i pytała, czy się nie pogodziliśmy. Koleżanki z fabryki patrzyły z litością i podtykały mi ciastka, jakby cukier mógł załatać dziurę.
Ale człowiek – to jest zabawne – do wszystkiego się przyzwyczaja. Gdzieś koło dziesiątego miesiąca przestałam czekać na telefon. Zaczęłam spać do szóstej. Kupiłam nową pościel – w kolorze, jaki ja lubię, nie w tym beżowym, który on wybierał, bo beżowy jest “spokojny”. Przestawiłam meble w salonie. Zapisałam się na aqua aerobik w centrum sportowym koło Tesco. Krysia z trzeciego piętra zaczęła wpadać na kawę w soboty.
Zmieniłam zamki. To był moment, w którym córka powiedziała:
– Mamo, to chyba dobrze.
I miała rację. To było dobrze.
Dowiedziałam się od wspólnych znajomych, jak wyglądało życie Andrzeja z Sylwią. Początkowo pięknie – wspólne grillowanie, wycieczki rowerowe, Sylwia gotowała mu kaczkę z jabłkami, czego ja nigdy nie robiłam, bo uważałam, że kaczka to za dużo zachodu na zwykły obiad. Potem gorzej.
Sylwia, jak się okazało, miała dorosłego syna, który regularnie wpadał po pieniądze. Działka, na której się poznali, okazała się być na kredyt, którego raty rosły z każdym kwartałem. A Andrzej na emeryturze z warsztatu nie był już tym samym mężczyzną, który naprawiał ogrodzenia z uśmiechem na twarzy. Był zmęczonym, starzejącym się facetem z bolącymi plecami i żadnym talentem do robienia czegokolwiek poza naprawianiem silników i siedzeniem przed telewizorem.
Słyszałam, że się kłócili. Że Sylwia rzucała talerzami. Że Andrzej spał na kanapie, a potem u kolegi. Nie czułam satysfakcji. Powinnam pewnie, ale nie czułam. Czułam zmęczenie.
I teraz stał przede mną. Z tą walizką z odłamanym kółkiem. Chudy, postarzały, z oczami psa, który zjadł mięso ze stołu i czeka na karę.
– Renata – powtórzył. – Wracam do domu.
Oparłam się o framugę. Popatrzyłam na niego. Na tę kurtkę, która wisiała na nim jak na wieszaku. Na siwe włosy, których trzy lata temu było mniej. Na dłonie, które trzymały rączkę walizki tak mocno, że białe mu były knykcie.
– Andrzej – powiedziałam spokojnie. – Ty nie masz domu.
Zamrugał.