Siedziałem na ganku małego, skąpanego w słońcu domku na wybrzeżu Maine. Nie było tu marmuru. Tylko zwietrzałe drewno i zapach słonego morza.
Lily wyszła z domu, jej brzuch był teraz wydatny i pięknie zaokrąglony. Wyglądała zdrowo. Wyglądała na wolną. Usiadła w bujanym fotelu obok mnie i podała mi filiżankę herbaty.
„Mamo?” zapytała, patrząc na fale. „Czy naprawdę kiedyś lubiłaś piec te ciasteczka?”
Zaśmiałam się, upijając łyk. „Nienawidziłam kuchni, Lily. Robiłam to tylko dlatego, że to był najlepszy sposób, żeby ludzie nie przyglądali mi się zbyt uważnie. Ludzie widzą to, co spodziewają się zobaczyć. Spodziewali się babci. Nie spodziewali się Vipera”.
Lily uśmiechnęła się i położyła głowę na moim ramieniu. „Cieszę się, że jesteś teraz po prostu moją mamą”.
„Zawsze nią byłam, kochanie” – powiedziałam. „Reszta to było tylko… wynoszenie śmieci”.
Telefon zawibrował mi w kieszeni. Prywatny numer. Zawahałam się, ale odebrałam.
„Vance” – powiedziałam.
„Martha” – głos po drugiej stronie był naglący. „To biuro w Hartford. Zgłosiliśmy serię transakcji z funduszu charytatywnego gubernatora.
Wygląda na ten sam wzór, którego używali Thorne’owie. A gubernator… cóż, właśnie zrobił publiczną awanturę, obrażając sprzątaczkę w stolicy.
Spojrzałem na Lily. Spojrzałem na spokojny ocean. Potem spojrzałem na swój kardigan wiszący na oparciu krzesła.
„Daj mi dziesięć minut” – powiedziałem. „I prześlij mi ten plik”.