Idąc w stronę ciężkich, dębowych drzwi wejściowych, minęłam Lily. Na ułamek sekundy złapała mnie za rękę. Jej palce były lodowato zimne.
„Mamo” – wyszeptała, a jej głos był ledwo słyszalny. „Nie sądzę, żebym mogła to dłużej znieść. Julian… znowu traci panowanie nad sobą. Jest coraz gorzej”.
Ścisnęłam jej dłoń, a moje spojrzenie wbiło się w nią z nagłą, ostrą intensywnością, która sprawiła, że zamrugała. „Zamroczona staruszka” zniknęła na sekundę.
„Cierpliwości, Lily” – wyszeptałam. „Bądź silna jeszcze przez chwilę. Już prawie jestem na miejscu”.
„Co?” – zapytała zdezorientowana.
„Idź spać, Lily” – powiedziałam, wracając do swojej osobowości, gdy Julian obejrzał się za siebie.
Tej nocy, gdy opuszczałam posiadłość, zaczęły padać pierwsze płatki „Burzy Stulecia”. Przeszłam obok ozdobnej, żelaznej bramy i zrobiłam coś, czego nie robiłam od lat. Sprawdziłam kosze na śmieci na skraju posesji. Tam, schowane w porzuconym jedwabnym pudełku po krawatach, leżała sterta poplamionych krwią ręczników papierowych.
Spojrzałem w ciemne okna rezydencji. Stłumiony krzyk rozbrzmiał w mroźnym powietrzu, a potem rozległ się ciężki, metaliczny odgłos zamykanych drzwi.
Burza była tutaj. I ja też.