Nie drgnęłam. Nie wspomniałam, że lilie to prezent dla mojej córki, Lily, która właśnie nosiła wnuczkę Beatrice. Zamiast tego sięgnęłam do kieszeni, wyciągnęłam ściereczkę z mikrofibry i zaczęłam wycierać marmurowy pył.
„Przepraszam bardzo, Beatrice” – wymamrotałam cicho, z wyćwiczonym drżeniem wieku. „Myślami chyba byłem gdzie indziej. Zimowe powietrze sprawia, że trochę zapominam”.
Beatrice prychnęła, nawet na mnie nie patrząc, poprawiając diamentowy kolczyk. „Szkoda, naprawdę. Lily pochodziła z tak… skromnej rodziny. Chyba nie możemy oczekiwać, że zrozumie niuanse dziedzictwa takiego jak nasze, skoro jej matka ledwo radzi sobie z bukietem kwiatów”.
Schowałem głowę, ale w moich oczach działała baza danych. Nie tylko czyściłem posąg; mierzyłem odległość między holem a centralą bezpieczeństwa. Notowałem nowe szyfrowanie na tablicach wiszących na ścianie. Obserwowałem, jak syn Beatrice, Julian Thorne, wszedł do pokoju.
Julian był „Księciem Przemysłu”, jak pisały tabloidy. Dla mnie był drapieżnikiem w garniturze szytym na miarę. Przeszedł obok swojej żony, Lily, stojącej w cieniu korytarza, bez ani jednego słowa powitania. Lily była blada, z dłonią opiekuńczo spoczywającą na ciążowym brzuchu. Spod korektora na jej szczęce wystawał blady, fioletowy siniak.
Moje serce nie tylko pękło; stwardniało niczym diamentowe wiertło.
„Mamo” – powiedział Julian, kiwając głową w stronę Beatrice. Potem zwrócił na mnie swoje zimne, niebieskie oczy. „Wciąż tu jesteś, Marto? Nie masz ciasteczek do upieczenia w swoim mieszkaniu z czynszem regulowanym? To ciągłe krążenie wokół staje się dość nużące”.
„Właśnie wychodzę, Julian” – powiedziałam, obdarzając ją delikatnym, uległym uśmiechem. „Chciałam się tylko upewnić, że Lily dobrze się czuje”.
„Lily ma się dobrze” – warknął Julian, a jego głos opadł o oktawę w sposób, który sprawił, że moja córka się wzdrygnęła. „Jest teraz Thorne. Nie potrzebuje babci z przedmieścia szepczącej jej do ucha troski klasy średniej. Wracaj do domu”.