Niedziela Wielkanocna w rezydencji Thorne’ów była pełna odrażającego przepychu. W powietrzu unosił się zapach pieczonej jagnięciny i drogich lilii. „Kto jest kim” z północnego wschodu był tam, brzęcząc kryształami
flety i śmiała się z dowcipów o biednych.
Beatrice Thorne stała na czele stołu w jadalni, ubrana w vintage’owy kostium Chanel i naszyjnik z pereł z Mórz Południowych. Julian siedział po jej prawej stronie, zadowolony z siebie, opowiadając o „niefortunnym odejściu” żony.
„Tak naprawdę to najlepsze rozwiązanie” – powiedziała Beatrice do kręgu podziwiających ją bywalców salonów. „Lily po prostu nie miała… odpowiedniej siły fizycznej dla rodziny naszej rangi. Wróciła do matki. Niektórzy ludzie są skazani na życie w przeciętności”.
Julian zachichotał, popijając wino za 2000 dolarów. „Powiedziałem służbie, żeby spaliła ten perski dywan, mamo. Nie mogłem znieść widoku tej plamy. To była tania rozrywka, póki trwała, ale cieszę się na żonę, która zna swoje miejsce”.
Nagle masywny kryształowy żyrandol nad stołem zamigotał. Potem zgasł.