Znalazłam ją opartą o zardzewiały automat na skraju opustoszałego peronu. Lily miała na sobie jedynie cienką koszulę nocną i lekki płaszcz. Śnieg już zaczynał ją zasypywać. Pod nią, na betonie, rozpościerała się ciemna, zamarznięta plama czerwieni.
„Lily!” Zatrzymałam SUV-a i pobiegłam w jej kierunku.
Była półprzytomna, jej twarz miała przerażający odcień niebieskoszarego. „Mamo?” wydyszała. „On… on mnie popchnął. Powiedział, że nie jestem warta rachunku za pralnię chemiczną…”
Z biura wyszedł ochroniarz, wyglądając na zdezorientowanego. „Hej, pani! Nie wolno tam parkować…”
Odwróciłam głowę i spojrzałam na niego – wzrokiem Głównego Śledczego Federalnego, który kiedyś bez mrugnięcia okiem patrzył na kata kartelu. Ochroniarz cofnął się, a jego usta zacisnęły się. Dostrzegł śmierć w moich oczach.
„Zadzwoń pod 911” – rozkazałam głosem jak bicz. „Powiedz im, że to nagły przypadek medyczny i napaść domowa. Jeśli się wahasz, dopilnuję, żebyś nigdy więcej nie pracowała w ochronie. Ruszaj się!”
Pobiegł do telefonu.