To była panika.
Mój telefon zaczął wibrować niemal natychmiast.
„Claire, co ty zrobiłaś?” „Hotel odmawia realizacji zamówienia bez gwarancji płatności”.
„Jest tu dwustu gości”.
„Élodie traci rozum”.
Czytałam każdą wiadomość z tym samym spokojem.
Bez złośliwej radości.
Bez furii.
Tylko to dziwne, niewzruszone poczucie, że w końcu dzieje się coś dobrego.
Przez lata Julien żył tak, jakby każda konsekwencja była do negocjacji. Jakby ktoś – zazwyczaj ja – zawsze miał mu wszystko naprawić.
Nie tym razem.
O drugiej w nocy nadeszła kolejna wiadomość.
Krótsza. Bardziej dosadna.
„Claire, proszę. Pomóż mi się stąd wydostać”.
Nawet nie otworzyłam jej do końca.
Już wiedziałam, o co prosi. Nie szukał przebaczenia. Szukał siatki bezpieczeństwa.
A ja już nie byłam jego siatką bezpieczeństwa.
Następnego ranka zaczęły krążyć pierwsze plotki.
Oczywiście nie nagłówki. Ale wystarczająco dużo nieostrożności, by w ciągu kilku godzin rozprzestrzenić się lotem błyskawicy w pewnych kręgach.
„Luksusowe przyjęcie przerwane z powodu problemu z płatnością”.
„Wyczekiwany ślub odwołany w środku wieczoru w paryskim luksusowym hotelu”.
Znajomy przysłał mi nawet dyskretnie zrobione zdjęcie: zastawione stoły, nietknięte kompozycje kwiatowe, goście stojący pośród wystawnej scenerii, która nagle stała się absurdalna, niczym scena teatralna po zawaleniu się głównej dekoracji.
Julien zadzwonił do mnie tego popołudnia.
Tym razem odebrałam.
Jego głos w niczym nie przypominał pewnego siebie mężczyzny, którego znałam. Był suchy, zmęczony, wręcz drżący.
„Claire… to nie miało sensu”.
Odchyliłam się na krześle.