„Nie” – odpowiedziałam. „To było zgodne z prawem”.
Nastąpiła długa cisza.
Pozwoliłam mu się uspokoić.
Potem westchnął:
„Mogłaś poczekać kilka dni”.
Nie wahałam się.
„Mógłbyś sam zapłacić za swój ślub”.
Znów zamilkł. W tej ciszy słyszałam, jak jego wewnętrzny świat zaczyna się rozpadać.
Potem kontynuował, ciszej:
„Firma też należy do mnie”.
„Firma należy do wspólnika, który ją utrzymuje na powierzchni” – odpowiedziałam. „A zgodnie z dokumentami, które podpisałeś, zachowuję kontrolę finansową do czasu zakończenia audytu”.
Tym razem mówił powoli.
„Jaki audyt?”
Wyjrzałam przez okno. Niebo nad Paryżem było jasnoszare, zupełnie zwyczajne. Podobał mi się ten kontrast.
„Ten, który zaczyna się w poniedziałek. Ten, do którego przygotowywałam się miesiącami”.
Prawda jest taka, że nie czekałam, aż ten ślub się obudzi. Odkąd odkryto rachunki, zbierałam wszystko do kupy. Sprawdzałam wydatki, obwody, zobowiązania podjęte bez zabezpieczeń. Chroniłam to, co jeszcze udało mi się uratować.
Nie po to, żeby zniszczyć Juliena.
Żeby nie zniszczył mnie jeszcze bardziej.
W następny poniedziałek wszystko przyspieszyło.
Dostawcy zaczęli dzwonić do mnie bezpośrednio. Klienci, początkowo zaskoczeni, prosili o współpracę wyłącznie ze mną. Niektórzy od dawna rozumieli, że za wypolerowanym wizerunkiem Juliena, to ja powstrzymuję cały ten biznes przed upadkiem.
Duża grupa, z którą pracowaliśmy od lat, wysłała mi wiadomość, którą przeczytałem trzy razy.
„Wszyscy wiedzieliśmy, że to ty tu rządzisz”.
Nie wiedziałem, czy to zdanie powinno mnie pocieszyć, czy jeszcze bardziej złamać.
A może jedno i drugie.