W dniu, w którym rozstałam się z Bernardem, włożyłam do torby białego węża, którego miał od trzech lat.
Stwierdzenie, że się nim „opiekował”, było kłamstwem. Przez te trzy lata ani razu nie raczył spojrzeć mu w oczy.
Kiedy pierwszy raz zatrzymałam się w jego luksusowym apartamencie, odkryłam zakurzone terrarium w kącie balkonu. Szklane ściany były pokryte kamieniem, a kabel od termoforu splątany i ewidentnie odłączony.
W środku leżał zwinięty, nieruchomy, mały, śnieżnobiały wąż, z głową opartą na ogonie.
„Czyj to wąż?” – zapytałam.
„Mojego dziadka. Zanim umarł, uparł się, żeby go mieć. To bezużyteczny robak. Nie dotykaj go, jest brudny” – odpowiedział Bernardo, nawet nie odrywając wzroku od telefonu.
Później dowiedziałam się od jego matki, że ten wąż był najświętszym skarbem rodziny Del Valle. Na łożu śmierci Dziadek jasno powiedział:
„Ten wąż jest wart więcej niż cały majątek naszego rodu razem wzięty. Chroń go własnym życiem”.
Ale gdy tylko starzec zamknął oczy, nikt nie zwrócił na niego uwagi. A już najmniej Bernardo. Nie obchodziło go nic poza nim samym. W tym ja.
W dniu, w którym dowiedziałam się, że mnie zdradza, nie płakałam ani nie robiłam scen. Stałam w drzwiach sypialni, patrząc na splecione na łóżku ciała, z jedną myślą w głowie:
Trzy lata. Trzy lata prania jego ubrań, gotowania obiadów, wożenia jego matki do szpitala. A wszystko po to, żeby obca osoba mogła tarzać się w prześcieradłach, które sama wyprasowałam rano.
„Tereso? Co ty tu robisz?” Bernardo usiadł, ale w jego głosie nie słychać było poczucia winy, lecz irytacji.
Kobieta obok niego, Viviana, wygładziła włosy z cynicznym uśmiechem. Była nową dyrektor ds. marketingu w firmie Bernarda. Na ostatniej gali przyćmiła mnie, jego oficjalną dziewczynę.
„Koniec” – powiedziałam szorstko.
„Jak sobie chcesz” – odparł z pogardą.
Poszłam w stronę balkonu. Moje stopy się zatrzymały. Biały wąż powoli uniósł głowę i spojrzał na mnie swoimi maleńkimi oczkami, wpatrzonymi we mnie. Poczułam, że jest jak ja: ktoś, kto mieszkał w tym domu od lat, ale którego nikt nie raczył pokochać.
Otworzyłam terrarium i wyjęłam je. Jego zimne ciało bez oporu owinęło się wokół mojej dłoni. Włożyłam je do torby, zapięłam zamek i wyszłam z mieszkania, nie oglądając się za siebie. Gdy drzwi windy się zamknęły, wciąż słyszałam śmiech Viviany.
Kiedy dotarłam do mojego małego kawalerki, wyjęłam węża i położyłam go na stoliku nocnym.
„Ty też jesteś biedną, opuszczoną duszą” – powiedziałam mu.
Przechylił głowę. Spojrzałam na siebie w lustrze w łazience. O dwudziestej piątej Bernardo zgasił moje światło. Zgasiłam światło i poszłam spać. Listopadowy chłód wdarł się przez okno, przyprawiając mnie o dreszcze.
Właśnie gdy miałam zasnąć, coś lodowatego otarło się o moją nogę. Zimno wpełzło mi na kolano. Obudziłam się gwałtownie.
„Co?!”
Wąż owinął się wokół mojego uda, twardy, a zarazem miękki. Dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie. Próbowałam go odepchnąć, ale rozwinął się i wrócił na swoje miejsce, jakby nic się nie stało.
Chwyciłam telefon i impulsywnie wrzuciłam filmik na TikToka, gdzie miałam ledwie kilku obserwujących.
Tytuł: „W dniu, w którym zerwałam z chłopakiem, ukradłam mu węża”.
Następnego ranka mój telefon o mało nie eksplodował.
3,2 miliona wyświetleń.
Komentarze były szalone:
„Ten wąż pochodzi z boskiego rodu!”
„To nie jest typowy pyton albinos, spójrz na tę elegancję!”
„Wiesz, co wzięłaś? Haha, ukradłaś przodka rodziny.”
Nic nie rozumiałam. Jakiego przodka? To było po prostu zwierzę, którym Bernardo gardził.
Spojrzałam w stronę szafki nocnej. Węża tam nie było. Gorączkowo przeszukałam całe łóżko.
„Cicho!” Wystawił głowę spod mojej poduszki.