— Jakie dokumenty?
— No od mieszkania, banku, testamentu. Trzeba wiedzieć, gdyby coś się stało.
— Gdyby coś się stało, zadzwonisz po karetkę.
Skrzywił się.
— Mamo, nie rób ze mnie obcego.
Popatrzyłam na niego.
— To nie zachowuj się jak ktoś, kto przyszedł sprawdzić stan magazynu.
Twarz mu stwardniała.
— To wszystko przez ten tort?
Nie odpowiedziałam.
— Oddaj klucz — powiedziałam.
— Jaki klucz?
— Ten, którym próbowałeś wejść.
Najpierw się zaśmiał.
Potem zobaczył, że nie żartuję.
Wyciągnął rękę i rzucił klucz na stół. Odbił się od solniczki i spadł na podłogę.
— Proszę bardzo. Siedź tu sama, skoro tak ci dobrze.
Wyszedł, trzaskając drzwiami.
Podniosłam klucz z podłogi i długo trzymałam go w dłoni.
Nie czułam zwycięstwa.
Czułam zmęczenie. I coś jeszcze. Taką smutną pewność, że od dawna pozwalałam im przekraczać granicę, której sama nie umiałam nazwać.
Po 2 dniach wróciłam do pani Wolskiej i podpisałam nowy testament.
Dzieci miały dostać tylko to, czego nie da się zgodnie z prawem pominąć albo o co będą mogły walczyć, jeśli zechcą. Resztę zapisałam parafialnemu zespołowi Caritas przy kościele św. Anny.
To tam ze Staszkiem przez lata nosiliśmy przed świętami cukier, mąkę, herbatę. To tam wydawali obiady starszym ludziom, którzy żyli sami. To tam ksiądz kiedyś powiedział, że najgorzej jest nie wtedy, kiedy człowiek ma mało pieniędzy, tylko kiedy nikt już nie puka do jego drzwi.
Z biżuterii zostawiłam sobie obrączkę.
Zegarek Staszka zapisałam Bartkowi. Nie Andrzejowi. Bartkowi.
Pani Wolska zapytała:
— Powie im pani?
— Nie teraz.
— Dowiedzą się.
— Wiem.
Przez następne tygodnie dzieci zachowywały się tak, jakby tamte urodziny były drobną sprzeczką.
Andrzej napisał:
„Mamo, mam nadzieję, że już ci przeszło”.
Nie odpisałam.
Kasia zadzwoniła raz i powiedziała:
— Wiesz, w naszym wieku trzeba mieć trochę dystansu.
Miałam ochotę zapytać, o jaki wiek jej chodzi, bo ona miała 43 lata, a ja 70. Ale odłożyłam telefon na stół i pozwoliłam jej mówić.
Paweł milczał 12 dni.
Potem przysłał wiadomość:
„Nie myślałem, że przez tort przestaniesz być matką”.
Przeczytałam to 3 razy.
Potem odpisałam:
„A ja nie myślałam, że przez tort zobaczę, kim się dla was stałam”.
Więcej nie napisał.
Zaczęłam częściej chodzić do Caritasu przy parafii. Nie robiłam nic wielkiego. Pakowałam chleb do torebek. Układałam konserwy. Nalewałam herbatę starszym osobom, które przychodziły po obiad.
Tam poznałam panią Zofię. Miała 81 lat i zawsze brała 2 porcje zupy. Jedną dla siebie, drugą dla sąsiada z parteru, który już prawie nie wychodził.
Kiedyś spytała:
— Pani dzieci daleko?
— Nie — powiedziałam. — Tylko jakoś nie po drodze.
Zrozumiała bez dopytywania.
Po 3 miesiącach zadzwoniła pani Wolska.
— Pani Halino, był u mnie pani syn Andrzej. Pytał o testament. Niczego nie ujawniłam, ale był bardzo nachalny. Proszę uważać.
Tego samego wieczoru przyszli wszyscy troje.
Zobaczyłam ich przez wizjer.
Andrzej stał pierwszy, z teczką pod pachą. Kasia ściskała torebkę obiema rękami. Paweł nawet nie patrzył w drzwi, tylko gdzieś w bok, jakby już był obrażony.
Otworzyłam.
— Wejdźcie.
Usiedli w kuchni.
Przy tym samym stole, na którym 3 miesiące wcześniej stał tort.
Tym razem nie postawiłam ciasta. Tylko wodę.
Andrzej zaczął:
— Mamo, wiemy, że byłaś u notariusza.
— Byłam.
Kasia szybko powiedziała:
— Powiedz, że nie zrobiłaś nic głupiego.
— Nie zrobiłam.
Paweł prychnął:
— To dobrze, bo ostatnio naprawdę dziwnie się zachowujesz.
Popatrzyłam na nich po kolei.
— Zmieniłam testament.