DZIĘKUJĘ WAM, ŻE DOCZYTALIŚCIE DO TEGO MIEJSCA
CIĄG DALSZY
- BLOCK 2 — CIĄG DALSZY POD LINKIEM
Pani notariusz, mecenas Wolska, znała mnie jeszcze z czasów, kiedy Staszek żył. To ona pomagała nam uporządkować papiery po wykupie mieszkania ze spółdzielni.
Usiadłam naprzeciwko niej z teczką na kolanach.
Nie płakałam. Sama się tego przestraszyłam. Człowiek myśli, że po takim upokorzeniu łzy same pójdą, ale u mnie było inaczej. Jakby w środku zrobiło się pusto i zimno.
Pani Wolska otworzyła stary testament.
— Tu wszystko jest po równo — powiedziała. — Andrzej, Katarzyna, Paweł. Mieszkanie, oszczędności, przedmioty osobiste.
— Wiem.
— Chce pani coś dopisać?
— Nie. Chcę zmienić wszystko.
Odłożyła kartkę i popatrzyła na mnie uważniej.
— Co się stało?
Wyjęłam telefon i pokazałam jej zdjęcie tortu.
Tak, zrobiłam zdjęcie.
Nie po to, żeby kogoś szantażować. Chyba po to, żeby sama sobie później nie wmówić, że przesadziłam. Że to był tylko głupi żart. Że jestem starą, przewrażliwioną kobietą.
Mecenas Wolska długo patrzyła na ekran.
— To dzieci pani zrobiły?
— Moje.
Oddała mi telefon.
— Proszę opowiedzieć.
Opowiedziałam.
O torcie z resztek. O czerwonym napisie. O telefonie Pawła. O Andrzeju, który kazał mi się uśmiechnąć. O Kasi, która powiedziała, że przecież zawsze lubiłam oszczędzać.
I o Bartku, który nie podniósł głowy znad talerza, bo chyba było mu wstyd za dorosłych.
Kiedy skończyłam, pani Wolska nie powiedziała: „Dzieci są różne” ani „Może nie chciały”.
Powiedziała tylko:
— To było okrutne.
Kiwnęłam głową.
— Właśnie dlatego tu jestem.
Wytłumaczyła mi spokojnie, jak wygląda prawo. Że w Polsce jest zachowek. Że samo napisanie „po 1 zł” nie zawsze kończy sprawę. Że dzieci mogą potem walczyć, mogą iść do sądu, mogą mówić, że ktoś mnie namówił.
— Nie chcę robić czegoś na pokaz — powiedziałam. — Chcę, żeby to, o czym mogę zdecydować, nie trafiło do nich.
— Jest pani pewna?
Pomyślałam o torcie stojącym całą noc na stole.
O tym, że jeszcze rano, wyrzucając go do kosza, poczułam nie tylko wstyd, ale też ulgę. Jakbym razem z nim wyrzucała ostatnie złudzenie.
— Tak.
Nowy testament nie był zemstą napisaną w pośpiechu.
Pani Wolska dała mi 2 dni.
— Proszę wrócić, jeśli pani decyzja się utrzyma. Nie dlatego, że pani nie wierzę. Tylko dlatego, żeby potem nikt nie mówił, że działała pani w szoku.
Przez te 2 dni chodziłam po mieszkaniu jak po cudzym miejscu.
Dotykałam rzeczy, które Staszek naprawiał własnymi rękami. Półki w przedpokoju. Stołu w kuchni. Starego kredensu, którego Kasia zawsze nie lubiła, ale kiedyś powiedziała:
— Taki teraz modny, po renowacji można by sprzedać.
Wtedy jeszcze się zaśmiałam.
Teraz już nie.
Wieczorem zadzwoniła Kasia.
— Mamo, ty dalej jesteś obrażona?
Stałam przy zlewie i myłam kubek po herbacie.
— Nie jestem obrażona.
— No przecież słyszę po głosie. Andrzej mówi, że ty dramat robisz. To był żart.
— Kasia, kiedy ostatni raz zapytałaś mnie, czy dobrze śpię?
Po drugiej stronie zrobiło się cicho.
— Co?
— Nic. Dobranoc.
Odłożyłam telefon.
Następnego dnia przyszedł Paweł.
Nie zadzwonił wcześniej. Chciał wejść swoim kluczem, ale zamek już był zmieniony. Poprosiłam sąsiada, pana Ryszarda, żeby mi go wymienił. Powiedziałam, że zgubiłam klucz. On tylko spojrzał na mnie i nie pytał więcej.
Paweł zadzwonił do drzwi.
Kiedy otworzyłam, stał z moim starym kluczem w ręku.
— Zamek zmieniłaś?
— Tak.
— A to ciekawe. Przed własnym synem?
— Przed wchodzeniem bez pytania.
Wszedł do kuchni, chociaż nie zaprosiłam go od razu. Położył na stole siatkę z jabłkami.
— Przyniosłem ci.
— Dziękuję.
Rozejrzał się po mieszkaniu.
— A dokumenty gdzie masz teraz?