Andrzej odłożył teczkę na stół.
— Jak?
— Wszystko, o czym mogę zdecydować, zapisałam parafialnej Caritas. Wy dostaniecie tylko to, czego prawo nie pozwala mi pominąć, jeśli będziecie się tego domagać.
Kasia zrobiła się blada.
— Mamo…
Paweł zaśmiał się krótko.
— Ty chyba zwariowałaś.
— Nie.
Andrzej pochylił się nad stołem.
— To mieszkanie jest rodzinne.
— Nie. To mieszkanie moje i Staszka.
— My jesteśmy twoimi dziećmi.
— Wiem.
— I oddasz wszystko obcym?
— Ludziom, którzy nie postawili przede mną tortu z resztek.
Paweł uderzył dłonią w stół.
— Boże, ile można o tym torcie!
Wtedy pierwszy raz podniosłam głos.
Nie krzykiem. Tylko tak, żeby wreszcie nie dało się mnie zagłuszyć.
— To nie był tort. To była informacja, kim dla was jestem.
Zapadła cisza.
Kasia zaczęła płakać.
Ale to nie był płacz żalu. Bardziej strach.
— Mamo, ja mam kredyt. Andrzej ma problemy w firmie. Paweł ledwo wiąże koniec z końcem. Ty nie możesz tak po prostu…
— Mogę.
— Przecież zawsze mówiłaś, że wszystko będzie dla nas.
— Mówiłam, kiedy myślałam, że jestem dla was matką. Nie przeszkodą do mieszkania.
Andrzej wstał.
— To jest kara.
— Nie. To jest granica.
— Zrobimy z tym porządek.
— Możecie próbować.
Spojrzał na mnie tak, jak nigdy wcześniej. Jak na przeciwnika.
— Kto cię namówił? Ksiądz? Ta notariuszka? Kto?
— Wasz tort.
Paweł zaklął pod nosem.
Kasia otarła twarz.
— Ty nas nienawidzisz?
To pytanie mnie zabolało bardziej, niż chciałam pokazać.
Bo nie nienawidziłam.
Gdyby człowiek mógł przestać kochać dzieci jednym podpisem, życie byłoby prostsze.
— Nie — powiedziałam. — Gdybym was nienawidziła, nie bolałoby tak.
Wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi.
Wszyscy odwrócili głowy.
Otworzyłam.
Za drzwiami stał Bartek. 16 lat, wysoki, chudy, w rozpiętej kurtce. Trzymał w ręku małą papierową torbę.
— Babciu, mogę?
Andrzej wyszedł za mną do przedpokoju.
— Bartek, teraz nie.
Chłopak spojrzał na ojca, potem na mnie.
— Tylko na chwilę.
— Wejdź — powiedziałam.
W kuchni zrobiło się jeszcze ciaśniej.
Bartek wyjął z torby mały pakunek.