Śledztwo rozpoczęło się cicho. Nie dramatycznie. Nie natychmiast. Tylko pytania, dokumentacja, ostrożne kroki, które wydawały się zbyt wolne jak na to, czego potrzebowałam, ale konieczne w obliczu tego, co miało nadejść. Najpierw usiadła ze mną pracownica socjalna ze szpitala, jej ton był łagodny, ale precyzyjny. Potem detektyw. Potem kolejny. Nie oskarżali. Nie zakładali. Ale słuchali uważnie. Zwłaszcza gdy powiedziałam, że moja mama była ostatnią osobą, która ją karmiła. „Będziemy musieli z nią porozmawiać” – powiedział detektyw. Skinęłam głową. „Nic ci nie powie” – odparłam. Przyglądał mi się przez chwilę. „Ludzie rzadko to robią” – powiedział. „Na początku”. Mijały godziny. Potem kolejne. Stan mojej córki był stabilny, lekarze ostrożnie optymistyczni. Poziom środka uspokajającego w jej organizmie był wysoki – ale nie śmiertelny. Jeszcze nie. To słowo utkwiło mi w pamięci. Jeszcze nie. Ponieważ sugerowało coś innego. Zamiar. Kiedy detektyw wrócił, jego wyraz twarzy się zmienił. Nie dramatycznie. Ale wystarczająco. „Rozmawialiśmy z twoimi rodzicami” – powiedział. Poczułam ucisk w piersi. „I co?” Powoli wypuścił powietrze. „Potwierdzili wizytę” – powiedział. „Ale zaprzeczyli, jakoby dali dziecku coś nietypowego”. Oczywiście, że tak. „To nie