3. Przynęta i pułapka
Detektyw Miller spojrzał na doktora Arisa, który powoli, ponuro skinął głową z aprobatą. Detektyw odwrócił się do mnie, oceniając zimną, niezachwianą determinację w moich oczach.
„W porządku, pani Mercer” – powiedział Miller, a jego głos zniżył się do konspiracyjnego szeptu. „Mamy prywatny gabinet konsultacyjny dla rodzin tuż obok poczekalni OIOM-u. Jest dźwiękoszczelny od głównego korytarza. Tam przygotowujemy scenę”.
Przez następne dwadzieścia minut poruszaliśmy się precyzyjnie i taktycznie.
Detektyw Miller zaprowadził mnie do małego, pozbawionego okien gabinetu. Znajdowała się w nim typowa kwiecista sofa, stolik kawowy i pudełko chusteczek. Wyciągnął z kieszeni kurtki mały, czarny dyktafon cyfrowy. Włączył go, upewniając się, że maleńka czerwona lampka nagrywania jest włączona, i ostrożnie położył go na stoliku kawowym, dyskretnie ukrywając za dużym, kwadratowym pudełkiem chusteczek.
„Będę stał tuż za tymi drzwiami, w sąsiednim korytarzu dla personelu” – poinstruował Miller, wskazując na boczne drzwi w pokoju. „Mam dwóch umundurowanych funkcjonariuszy czekających poza zasięgiem wzroku przy windach. Niech z nimi rozmawiają. Niech się przechwalają. Gdy tylko przyznają się do przemocy fizycznej albo do zamknięcia go na zewnątrz, dajesz mi znak”.
„Zapytam ich o drewnianą łyżkę” – powiedziałam upiornie spokojnym głosem. „Kiedy powiem „drewniana łyżka”, wchodzicie”.
Miller skinął głową. Wyszedł na sąsiedni korytarz, zostawiając drzwi uchylone zaledwie na ułamek cala.
Stałam sama w gabinecie. Zamknęłam oczy. Wyobraziłam sobie spuchniętą, posiniaczoną twarz Eliego. Wyobraziłam sobie połamane kości w jego drobnych nadgarstkach. Skupiłam w sobie każdy gram żalu, każdy okruch strachu, który czułam w tym samolocie, i zmusiłam go do wyjścia na powierzchnię.
Wzięłam głęboki, drżący oddech, celowo sprawiając, że drżały mi ręce. Otworzyłam szeroko oczy, zmuszając się do napływu łez. Zmieniłam się z powrotem w słabą, histeryczną, zależną córkę, jaką mnie oczekiwali.
Podniosłam telefon i wybrałam numer mamy.
Dzwonił trzy razy.
„Mamo!” krzyknęłam, gdy tylko linia się otworzyła. Nie czekałam, aż się przywita. Dostałam histerycznego, szlochającego ataku paniki. „Mamo! O mój Boże, mamo, proszę!”
„Natalie? Boże, przestań krzyczeć” – wrzasnął głos Diane z głośnika, nabrzmiały od snu i natychmiastowej irytacji. „Mówiłam ci, że idziemy spać”.
„Mamo, jestem w szpitalu St. Vincent’s!” lamentowałam, krążąc po pokoju, a mój głos łamał się idealnie. „Szpital do mnie dzwonił… Eli jest na OIOM-ie! Powiedzieli, że sąsiad znalazł go na zewnątrz w błocie i przyniósł tutaj! Lekarze są w opałach.
W testach ciążowych nie wiedzą, co mu jest! Nie chce się obudzić! Potrzebuję cię tutaj! Nie dam rady sama! Tak się boję!”
Na linii zapadła głęboka pauza.