„Prawie go nie dotknęła, Natalie” – stwierdziła Diane, broniąc oprawcy i jednocześnie atakując ofiarę. „Wychowałaś bardzo delikatnego, bardzo niegrzecznego chłopca. Brakuje mu dyscypliny. Za bardzo go rozpieszczasz. Szczerze mówiąc, powinnaś podziękować Vanessie. Cała ta gehenna powinna być dla ciebie sygnałem ostrzegawczym, jak być rodzicem”.
Przestałam się trząść. Łzy natychmiast wyschły. Maska przerażonej, bezradnej matki całkowicie zniknęła.
Stałam zupełnie nieruchomo. Cisza w pokoju nagle stała się niewiarygodnie ciężka, gęsta od nagłego, miejscowego spadku temperatury.
Spojrzałam na stolik kawowy. Sięgnęłam po kwadratowe pudełko chusteczek.
„Drewniana łyżka złamała mu nadgarstek?” Zapytałem.
Mój głos już nie drżał. Był martwy, płaski, przerażająco spokojny i monotonny, przecinając sterylne powietrze pomieszczenia niczym skalpel.
Odsunąłem pudełko chusteczek, odsłaniając mały, czarny dyktafon. Maleńka czerwona lampka migała nieprzerwanie, niczym lśniący rubin w przyćmionym świetle.
Vanessa zamarła. Mrożona kawa zatrzymała się w połowie drogi do jej ust.
Powoli uniosłem głowę. Spojrzałem martwo w aroganckie, mocno umalowane oczy Vanessy.
„Biłaś sześcioletnie dziecko, aż połamały mu się kości i zemdlał z bólu” – powiedziałem, a w moim głosie pobrzmiewał bezwzględny, bezkompromisowy osąd. „A potem zaciągnęłaś jego nieprzytomne ciało w lodowate błoto, zamknęłaś drzwi na klucz i piłaś wino, pozwalając mu się wykrwawić”.
„Natalie” – wydyszała Diane, a jej wzrok przeskakiwał z mojej lodowatej twarzy na migającą czerwoną lampkę na stole. Zadowolenie zniknęło z jej twarzy, zastąpione nagłym, mdłym olśnieniem. „Natalie, co to jest? Co robisz?”