Nie ból.
Nie szok.
Jasność.
Daniel pocałował dziecko w czoło, jakby to był występ, po czym odwrócił się, żeby odejść.
W drzwiach zatrzymał się. „Nie dzwoń za dużo. Świętujemy”.
Drzwi się zamknęły.
Siedziałam tam – poszyta, zakrwawiona, wyczerpana – mój syn spał tuląc mnie do piersi.
Płakałam przez trzy minuty.
Potem sięgnęłam po telefon.