Wykonał krótką, precyzyjną rozmowę. Bez dramatów. Dane kontaktowe. Jasne zdania.
Potem zwrócił się do Camille: „Zabierzemy je w ciepłe miejsce. Ale musimy się spieszyć. I musisz coś zrozumieć: jeśli poczuje się zagrożona, nawet na wpół żywa, może ugryźć”.
Camille skinęła głową, wpatrując się w wilka. Bała się. Strasznie się bała. Ale strach, który nie kazał jej już uciekać. Strach, który trzymał ją na nogach.
Bernard zrobił coś nieoczekiwanego: przykucnął i przemówił cicho. Nie tak, jak do psa. Nie tak, jak do potwora. Jak do matki.
„Dobrze… dobrze, kochanie. Zabiorę młode. Zabiorę je w ciepłe miejsce. Obiecuję”.
Camille pomyślała, że to bez sensu. Sposób na dodanie sobie odwagi.
Ale wilczyca powoli zamrugała.
A ona… lekko rozluźniła głowę, jakby to akceptowała.
Camille wstrzymała oddech.
Bernard delikatnie okrył młode kocem, nie unosząc ich zbyt wysoko. Młode nie wyły. Po prostu przytuliły się bliżej, a jedno z nich wydało ciche skomlenie, które brzmiało jak błaganie.
Wilczyca próbowała się poruszyć. Straszliwy wysiłek. Spazm. Potem upadła, dysząc.
Camille poczuła, jak znów ściska ją w gardle. Wyszeptała: „Nie przeżyje”.
Bernard wyjął drugi koc i gestem nakazał Camille, żeby pomogła mu wsunąć go pod bok wilka. Podciągnęli go o kilka centymetrów, tylko na tyle, żeby lekko odizolować go od lodowatej ziemi. Camille ogarnął na moment absurdalny strach: jej ręka dotknie wilka. Poczuje żar, zimno albo śmierć.