Za głupia.
Co dwie minuty znajdowała nowy sposób, żeby mi przypomnieć, że nigdy nie byłam wystarczająco dobra.
Obierałam.
Kroiłam.
Mieszałam.
Doprawiałam.
Oddychałam, mimo zawrotów głowy.
Trzymałam jedną rękę na krawędzi blatu, gdy tylko pomieszczenie robiło się rozmazane.
Nie wolno mi było przestać.
Kiedy w końcu postawiłam przed nią zupę, palce trzęsły mi się tak bardzo, że o mało nie przewróciłam talerza.
Pani Vautrin wzięła łyżkę.
Tylko jeden łyk.
Po czym natychmiast wypluła zupę z powrotem na płytki.
„Za słona!” warknęła. „Próbujesz mnie otruć?”
Potem spojrzała na mnie z tym wąskim, jadowitym uśmiechem, który rezerwowała na chwile, gdy chciała zadać głęboki ból.
„Bezużyteczne śmieci” mruknęła. „Zupełnie jak twój ojciec”.
A potem coś we mnie pękło.
Nie z powodu zupy.
Nie z powodu obelg.
Nawet nie z powodu upokorzenia.
Mój ojciec.