Drzwi wejściowe zatrzasnęły się za mną z ostrym, mrożącym krew w żyłach kliknięciem zamykanej zasuwy.
Była 19:15.
Spóźniłam się piętnaście minut.
Tylko piętnaście minut.
Ale w moim domu piętnaście minut wystarczyło, żeby salon zamienił się w salę sądową, a kuchnia w salę tortur.
Ledwo postawiłam torbę w przedpokoju, gdy na końcu korytarza pojawił się Damien Vautrin.
Dla innych mój mąż był eleganckim mężczyzną. Przystojny w tym typowo paryskim stylu, zbyt zadbany, by być niewinnym. Czysta linia szczęki. Szyte na miarę koszule. Dyskretne, ale wygórowane cenowo zegarki. Uśmiechał się swobodnie, gdy był świadek.
W domu, po dwóch kieliszkach whisky, jego twarz się zmieniła.
Stał się twardszy.
Brzydszy.
Bardziej realistyczny.
„Widziałeś, która godzina, ty niekompetentny głupcze?” – warknął.
Otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć.
„W biurze był nagły wypadek, próbowałam zadzwonić, ale…”
Uderzenie spadło, zanim zdążyłam dokończyć zdanie.
Gwałtowne.
Brutalne.
W jednej chwili zbladłam.
Korytarz się przechylił.
Potem poczułam w ustach smak krwi.
Metaliczny.
Gorący.
Natychmiastowy.
Podniosłam dłoń do policzka. Pieczenie już rozprzestrzeniało się pod skórą. Łzy, które napłynęły mi do oczu, nie były jeszcze nawet spowodowane bólem. Pochodziły z szoku. Z przerażającego sposobu, w jaki w jednej chwili potrafił przejść od irytacji do czystego okrucieństwa.
Byłam w siódmym miesiącu ciąży, każdy gest kosztował mnie więcej, niż powinien.
Ale dla Damiena nie byłam jego żoną.
Nie byłam matką jego dziecka.
Byłam po prostu czymś, co nie okazało się przydatne w wyznaczonym czasie.
„Żadnych wymówek” – powiedział cicho, szorstko. „Moja matka czeka na ciebie od godziny. Idź do kuchni”.
W kuchni Madame Vautrin siedziała już przy stole niczym obrażona królowa.
Nie podniosła wzroku od razu.
Trwoniła jedynie idealnie wypielęgnowanym paznokciem palca wskazującego o kieliszek z winem i westchnęła, jakby moja obecność zepsuła jej wieczór.
Potem spojrzała na mnie.
„Wreszcie. Chcę różową pieczeń, a zupę grzybową przygotuję w domu. Mam nadzieję, że oszczędzisz mi konserwowego świństwa”.
Drżącymi rękami zawiązałam fartuch na spuchniętym brzuchu.
Bóliły mnie stopy.
Bóliły mnie plecy.
Już kręciło mi się w głowie.
A jednak przez kolejną godzinę krążyłam między kuchenką a blatem roboczym, a ona komentowała każdy mój ruch.
Za wolno.
Za niezdarnie.
Za głośno.