Nie przyszedłem sam. Za mną, wyłaniając się bezszelestnie z cienia wypielęgnowanych dębów, stało dwudziestu umundurowanych żołnierzy. Staliśmy niczym posągi w mglistej ciemności, a rozproszone światło latarni uwydatniało ostre kąty naszego taktycznego rynsztunku. Zbiorowy, przerażający gniew emanujący od moich towarzyszy broni był fizycznym ciężarem w powietrzu.
Wszedłem prosto w ostre światło sączące się z okna. Moja twarz była zamarznięta, całkowicie pozbawiona emocji, maskująca wściekłość tak głęboką, że czułem ją niczym osobliwość w piersi.
Nie patrzyłem na matkę. Nie krzyczałem. Sięgnąłem w dół, chwyciłem ciężką metalową kłódkę zabezpieczającą przedsionek od zewnątrz i uderzyłem w nią z miażdżącą kości siłą utwardzonym stalowym obcasem mojego buta bojowego. Zasuwka eksplodowała.
Kiedy szarpnąłem ciężkie drzwi, zawiasy zawyły w proteście, nie obejrzałem się na swoich ludzi. Nie musiałem.
„Zabezpieczcie teren” – wyszeptałem w mroźną noc. „Nikt nie wyjdzie. Zwłaszcza ona”.
W chwili, gdy przekroczyłem próg, taktyczna część mojego mózgu przejęła kontrolę. Zdjąłem ciężką, podszytą polarem kurtkę taktyczną i owinąłem nią drżące, przemoczone ciało Eleny. Wzdrygnęła się gwałtownie pod wpływem mojego dotyku – odruch, który rozdarł mi serce na pół, zanim jej szeroko otwarte, przerażone oczy skupiły się na mojej twarzy.
„Jax?” – jęknęła, zapadając się w moją pierś. Czułem się jak pęk kruchych, zamarzniętych gałązek.
Podczas gdy ja byłem centrum mojego świata, reszta oddziału poruszała się z przerażającą, wyćwiczoną precyzją. Starszy sierżant Miller, mój potężny zastępca dowódcy i ktoś, kogo miałem najbliżej jak brata, wszedł do sieni. Nie dotknął Margaret. Nie musiał. Po prostu użył swojej masywnej postury, by całkowicie zablokować wejście do głównego domu, górując nad nią niczym ponury żniwiarz w cyfrowym kamuflażu.
Margarita cofnęła się gwałtownie, a puste wiaderko po lodzie brzęczało o beton. Próbowała gorączkowo wygładzić swoją markową bluzkę, desperacko próbując poskładać na nowo swoją arogancką fasadę w obliczu dwudziestu milczących, wściekłych strażników.
„Nie możesz tak do mnie mówić, Jaxson!” – wrzasnęła Margaret, a jej głos przeszedł w histeryczne vibrato. „Jestem twoją matką! Zrobiłam to dla ciebie! Uratowałam cię przed tą naciągaczką! Chciała zrujnować ci karierę!”