Skóra różowa w świetle reflektorów, maleńkie dłonie, lekkie klatki piersiowe, które już z trudem się poruszały.
Jeden miał usta Alexandre’a.
Jeden miał już czarne włosy Alexandre’a, wilgotne i przyklejone do skóry głowy.
Trzecia miała zaciśnięte dłonie, jakby urodziła się wściekła.
Valérie przyłożyła palce do szyby inkubatora.
I coś w niej drgnęło.
Nie byli spadkobiercami.
Nie siłą przetargową.
Nie kartą przetargową.
Nie biologicznym dowodem na nazwisko mężczyzny.
Byli jej dziećmi.
Kobieta w granatowym garniturze czekała na nią, gdy wróciła do swojego pokoju.
Przedstawiła się jako Lucie Moreau, szefowa sztabu Gabriela Delacourta, i położyła skórzaną teczkę na stoliku nocnym z cichą sprawnością osoby, która potrafi rozwiązywać kryzysy przed 8:00 rano, nie tracąc przy tym brwi.
W środku znajdowały się dokumenty przyjęcia do kliniki, tymczasowa karta bankowa na jej nazwisko i kopia umowy rozwodowej, którą Alexandre kazał jej podpisać.
Tylko teraz były adnotacje.
Zaznaczone fragmenty.
Żółte zakładki.
Marginesy wypełnione czerwonymi notatkami.
„Jest kilka nieprawidłowości” – powiedziała Lucie. „Niezadeklarowane transfery aktywów. Celowo wymuszony harmonogram. Klauzule sporządzone tak, by zrzec się ochrony małżeńskiej przed narodzinami dzieci”.
Valérie podniosła wzrok.
„Dlaczego on to robi?”
Lucie nawet nie drgnęła.
„Pan Delacourt nie lubi pewnych form okrucieństwa”.
To nie była odpowiedź.
To była jedyna, jaką na razie mogła usłyszeć.
Gabriel wszedł po zachodzie słońca.
Nie zapukał. Tacy jak on prawdopodobnie nigdy nie pukają. Jednak jego przybycie wcale nie było nachalne. Wszedł z cichą siłą burzy, która nauczyła się nosić garnitury szyte na miarę. Pielęgniarki na korytarzu zobaczyły go, wyprostowały się, a potem nagle znalazły pilne powody, by się gdzie indziej pojawić.
Zatrzymał się na skraju łóżka i patrzył na nią, jakby sprawdzał obliczenia.
„Żyjesz. Dzieci też. Bardzo dobrze”.
Powinna była mu podziękować. To było rozsądne, uprzejme, co by powiedziała każda kobieta, która otworzyła oczy w luksusowej klinice opłacanej przez jednego z najpotężniejszych mężczyzn w kraju.
Zamiast tego zapytała: