Wzięłam jego marynarkę do pralni i opróżniłam kieszenie. Był paragon sprzed dwóch dni: kolacja na dwie osoby, dwie kawy, jeden deser. Tego wieczoru miał być na nocnej zmianie
Paragon był mały, wąski, z tych, co się zwijają w rulonik, kiedy się je wrzuci do szuflady i zapomni. Tylko że ja nie zapomniałam. Stałam z nim między kuchnią a przedpokojem, marynarka Bogdana przewieszona przez rękę, a w drugiej ręce ten świstek: data, godzina, pozycje.
Kolacja na dwie osoby. Dwie kawy. Jeden deser. Restauracja “Pod Kasztanem”, ulica Jasnogórska, godzina dwudziesta trzydzieści. Tego wieczoru Bogdan miał być w trasie – nocny kurs do Katowic, wrócił dopiero rano, pachniał kabiną i kawą z termosu. A przynajmniej tak mi powiedział.
Odłożyłam marynarkę na wieszak. Paragon schowałam do kieszeni fartucha. Nie do torebki, nie do szuflady – do fartucha, który nosiłam tylko w domu, przy maszynie do szycia. Tam nikt nie szukał.
Mam na imię Lucyna i od trzydziestu dwóch lat jestem żoną Bogdana. On jeździ tirem – kiedyś po całej Europie, teraz częściej po kraju, bo kręgosłup już nie ten i sam prosił o krótsze trasy. Mieszkamy w Częstochowie, w bloku na Tysiącleciu, trzecie piętro. Ja szyję – kiedyś w zakładzie, teraz w domu, na zlecenie.
Przerabiam sukienki, skracam spodnie, cerują do mnie sąsiadki z całego osiedla. Trzydzieści dwa lata małżeństwa, dwoje dorosłych dzieci, jedno wnuczę. Trzydzieści dwa lata i jeden paragon, który tego wszystkiego nie mieścił.
Przez pierwsze dwa dni nie zrobiłam nic. Szyłam zamówioną garsonkę dla pani Heleny z parteru, gotowałam obiad, podlewałam pelargonie, dzwoniłam do córki. Normalność. Bogdan wrócił z następnego kursu, zjadł rosół, powiedział, że zmęczony, położył się przed telewizorem. Patrzyłam na niego i szukałam różnicy – czy inaczej trzyma telefon, czy inaczej się myje, czy zostawia inne ślady. Nic. Był taki sam jak zawsze. Może trochę bardziej milczący, ale Bogdan nigdy nie był gadułą.
Trzeciego dnia wyjęłam paragon z kieszeni fartucha i przeczytałam go jeszcze raz. Sprawdziłam w telefonie – restauracja “Pod Kasztanem” istniała, na Jasnogórskiej, osiem minut samochodem od naszego bloku. Zdjęcia na stronie: białe obrusy, świeczki, menu z cenami, od których podniosłam brwi.
Bogdan, który narzekał na cenę masła w Biedronce, zamówił kolację za sto osiemdziesiąt złotych. Z deserem. Jednym deserem – znaczy jednym na dwoje, albo dla niej, albo dla niego. Ale nie po jednym dla każdego. Ten deser mnie dobijał bardziej niż reszta, bo był intymny. Dwa dania główne to mogą być koledzy z pracy. Jeden deser na dwoje – nie.
Zaczęłam liczyć. W ciągu ostatnich trzech miesięcy Bogdan miał siedem nocnych kursów. Siedem nocy, kiedy wyjeżdżał koło szóstej wieczorem, a wracał nad ranem. Zawsze do Katowic, czasem do Opola. Zawsze zostawiał mi SMS-a: “Jestem na miejscu, idę spać w kabinie, rano wracam.” Ja odpowiadałam: “Dobranoc, uważaj na siebie.” I szłam spać.
Nie wiem, od kiedy dokładnie przestałam mu wierzyć – od paragonu czy od chwili, kiedy uświadomiłam sobie, że nie sprawdzałam. Nigdy. Przez trzydzieści dwa lata nie sprawdziłam ani jednej kieszeni, ani jednego telefonu, ani jednej historii przeglądania. Nie dlatego, że ufałam – dlatego, że nie chciałam wiedzieć. To zupełnie inna rzecz, choć przez lata wydaje się identyczna.
W piątek Bogdan wyjechał na dwudniowy kurs do Wrocławia. Poczekałam, aż napisze SMS-a z informacją, że dojechał. Potem wzięłam torebkę, zamknęłam mieszkanie i poszłam do restauracji “Pod Kasztanem”.