Kelnerka była młoda, miła, z kucykiem i kolczykami w obu uszach. Zamówiłam kawę i sernik. Kiedy przyniosła rachunek, zapytałam lekko:
– Ładna ta restauracja. Mój mąż tu ostatnio był z kolegą, bardzo chwalił. Taki wysoki, siwy, w skórzanej kurtce? Może pani pamięta?
Kelnerka zawahała się. Przez sekundę widziałam w jej oczach coś, co wyglądało jak współczucie, albo zakłopotanie, albo jedno i drugie.
– Chyba kojarzę – powiedziała ostrożnie. – Chyba był z… koleżanką. Ale wie pani, ja tu pracuję od niedawna, mogę mylić.
Więc nie z kolegą. Koleżanka. Kobieta. Wypowiedziała to słowo jak ktoś, kto wie, że przekracza granicę, ale nie potrafi skłamać w twarz obcej kobiecie, która pije kawę i uśmiecha się tym specjalnym, martwym uśmiechem.
Podziękowałam, zostawiłam napiwek, wyszłam. Na parkingu przed restauracją było gorąco, czerwcowe słońce prażyło asfalt, kwitły bzy za ogrodzeniem. Stałam przy samochodzie i próbowałam oddychać. Jeszcze nie płakałam. Jeszcze byłam w tej fazie, kiedy organizm robi wszystko, żeby cię chronić – zamraża emocje, spowalnia myśli, trzyma cię w pionie, bo wie, że jak puści, to się nie podniesiesz.
Nie zadzwoniłam do córki. Nie zadzwoniłam do siostry. Nie zadzwoniłam do nikogo. Bo co miałam powiedzieć? “Bogdan jadł kolację z inną kobietą”? To brzmiało śmiesznie. Trzydzieści dwa lata, dwoje dzieci, wspólny kredyt spłacony przed pięcioma laty, co niedzielę obiad u teściowej – i teraz kolacja na dwie osoby?
Ale ten deser. Ten jeden deser.
Bogdan wrócił w ni
edzielę rano. Wyglądał normalnie. Pachniał kabiną, kawą, benzyną. Przywiózł mi bułki z piekarni przy trasie, tak jak zawsze. Usiadł w kuchni, zjadł jajecznicę, opowiadał o remoncie na A4. Ja słuchałam i myślałam: kiedy. Kiedy to zaczął. Kiedy mój mąż, ten siwy, zmęczony mężczyzna w dresie i kapciach, który chrapie na kanapie i nie potrafi obsłużyć pralki – kiedy on zaczął jeść kolacje z inną kobietą?
Tydzień później znalazłam drugie potwierdzenie. Bogdan zostawił telefon w łazience, kiedy poszedł wynosić śmieci. Nie przeszukiwałam go – wystarczyło, że ekran zaświecił się od powiadomienia. Imię: “Ela.” Treść: “Tęsknię, kiedy znowu?” Nie otworzyłam wiadomości. Odłożyłam telefon dokładnie tam, gdzie leżał, na półce obok szczoteczki.
Ela. Nie wiedziałam, kim jest. Nie wiedziałam, ile ma lat, jak wygląda, skąd go zna. I uświadomiłam sobie, że nie chcę wiedzieć. Nie dlatego, że mnie to nie obchodzi – dlatego, że każdy szczegół byłby jak gwóźdź. Im więcej wiem, tym trudniej będzie udawać, że nie wiem.
A ja nie byłam pewna, czy chcę przestać udawać.
Bo co potem? Konfrontacja, krzyki, trzaskanie drzwiami? Płacz, wyrzuty, “jak mogłeś”? A potem? Rozwód w wieku pięćdziesięciu sześciu lat? Podział bloku na Tysiącleciu? Tłumaczenie wnuczkowi, dlaczego dziadek już tu nie mieszka? Świadomość, że wszystkie sąsiadki wiedzą, szepczą na klatce, współczują tym swoim litościwym głosem?
Albo druga opcja. Powiedzieć mu, wysłuchać tłumaczeń, spróbować jakoś żyć dalej. Z tym kamieniem w środku. Z tą wiedzą, która będzie wracała za każdym razem, kiedy powie “jadę na nocny kurs.”
Siedzę teraz w swoim pokoju, przy maszynie do szycia. Jest wieczór, Bogdan ogląda mecz w salonie. Za ścianą słyszę komentarz sędziów, oklaski, jego kaszel. Paragon leży w kieszeni fartucha, tam gdzie go schowałam dwa tygodnie temu. Jeszcze go nie wyrzuciłam. Jeszcze się nie zdecydowałam.
Kiedy trzydzieści dwa lata temu stałam z Bogdanem w urzędzie stanu cywilnego, miałam białą sukienkę uszytą przez mamę, bukiet z ogródka i pewność, że wiem, za kogo wychodzę. Teraz siedzę w fartuchu z nitkami na kolanach i wiem tylko jedno: nie wiem. Nie wiem, kim jest mój mąż. Nie wiem, kim jest Ela. I nie wiem, co zrobię jutro.
Ale wiem, co jadłam na kolację. Sama. Jak co wieczór.