Wpadłem na godzinę.
Zostawiłem pieniądze w kopercie na stole, jakbym płacił rachunek w restauracji.
Mama powiedziała:
– Zostań na herbatę.
Ja odpowiedziałem:
– Następnym razem.
Następny raz właśnie patrzył mi w twarz.
Emilia wyszła za mną.
– Nie wiem, czy potrafię po tym od razu być z tobą tak jak wcześniej – powiedziała.
Poczułem strach.
Prawdziwy.
Nie o to, że mnie zostawi.
O to, że będzie miała rację, jeśli odejdzie.
– Rozumiem.
– Nie wiem, czy rozumiesz.
– Chcę zrozumieć.
– To nie wystarczy powiedzieć.
Kiwnąłem głową.
– Co mam zrobić?
Emilia westchnęła.
– Nie pytaj mnie, jak naprawić relację z własną matką. Zacznij od tego, żeby jej słuchać.
Tego wieczoru nie wróciliśmy razem do Krakowa.
Emilia powiedziała, że zostanie u koleżanki w Kielcach i pojedzie rano pociągiem.
– Potrzebuję przestrzeni – powiedziała.
Nie protestowałem.
Nie miałem prawa.
Ja zostałem z mamą.
Pierwszy raz od lat spałem w swoim dawnym pokoju.
Na ścianie nadal było małe wgłębienie po piłce, którą kiedyś kopnąłem w gniewie.
Łóżko skrzypiało.
Za oknem szczekał pies sąsiadów.
Nie mogłem zasnąć.
O północy wstałem i poszedłem do kuchni.
Mama siedziała przy stole.
Jakby na mnie czekała.
– Boli cię? – zapytałem.
– Co?
– Kolana.
Uśmiechnęła się słabo.
– Wszystko po trochu.
Usiadłem naprzeciwko.
– Dlaczego mi nie mówiłaś?
– Mówiłam.
Chciałem zaprzeczyć, ale podniosła rękę.
– Tylko nie tak, jak ty chciałeś słyszeć. Mówiłam: dach kapie. Mówiłeś: kiedyś się zrobi. Mówiłam: ciężko mi chodzić. Mówiłeś: kupię maść. Mówiłam: przyjedź na dłużej. Mówiłeś: mam dużo pracy.
Każde zdanie było ciche.
Każde prawdziwe.
– Myślałem, że dajesz radę.
– Bo dawałam. Tylko synku… dawać radę to nie to samo, co nie potrzebować nikogo.
Poczułem, jak gardło mi się zaciska.
– Wstydziłem się.
Mama spojrzała na mnie.
– Domu?
– Tak.
– Mnie?
Nie odpowiedziałem od razu.
To była najgorsza chwila.
Bo kochałem ją.
Naprawdę.
Ale miłość nie wyklucza wstydu, jeśli człowiek pozwoli pychie rosnąć zbyt długo.
– Czasem tak – wyszeptałem.
Mama zamknęła oczy.
Nie płakała.
To było gorsze.
– Dziękuję, że powiedziałeś prawdę.
– Przepraszam.
– Wiem.
– Nie zasługuję na to, żebyś tak szybko mówiła „wiem”.
– Może nie. Ale jestem twoją matką. Nie umiem cię nie kochać tylko dlatego, że mnie zraniłeś.
Schowałem twarz w dłoniach.
I pierwszy raz od wielu lat rozpłakałem się przy niej nie jak dorosły mężczyzna, który ma problemy, ale jak syn, który zrozumiał, że jego siła była zbudowana na cudzym zmęczeniu.
Rano zadzwoniłem do pracowników i odwołałem cały tydzień spotkań.
Potem pojechałem z mamą do lekarza.