Trzy dni. Poniedziałek, wtorek, środa. Rano koszula, buty, aktówka. Wieczorem zmęczony, kolacja, wiadomości. Trzy dni udawania, że jedzie do pracy, do której nie jechał.
Mogłam zadzwonić. Mogłam zapytać wprost. Ale ja – Lucyna Kowalczyk, pięćdziesiąt sześć lat, krawcowa z trzydziestoletnim stażem, kobieta, która uszyła sukienki na obie komunie córek, kobieta, która zawsze wolała wiedzieć niż zgadywać – postanowiłam poczekać. Bo jeśli zadzwonię, a on skłamie jeszcze raz, to jedno. A jeśli powie prawdę przez telefon – to drugie. Chciałam widzieć jego twarz.
Rosół ostygł w garnku. Ziemniaki leżały nieobrane. Posprzątałam kuchnię i usiadłam w salonie, na kanapie, z widokiem na przedpokój. Czekałam.
Wrócił o siedemnastej trzydzieści pięć. Usłyszałam klucz w zamku, potem te same ruchy co zawsze – buty, kurtka na wieszak, aktówka na półkę. Wszedł do salonu i powiedział:
– Cześć. Co na obiad?
Patrzyłam na niego. Na tę białą koszulę w niebieskie paski, na zmęczenie w oczach, na aktówkę, którą właśnie odłożył. I pomyślałam: kto ty jesteś? Bo Bogdan, którego znałam od trzydziestu dwóch lat, nie kłamał. Bogdan był człowiekiem tak prostym w swoich nawykach, że przez lata wydawał mi się nudny. A teraz okazywało się, że ten nudny człowiek potrafił przez trzy dni wychodzić rano z domu i wracać wieczorem, kłamiąc bez mrugnięcia okiem.
– Bogdan – powiedziałam. – Dzwoniła Magda z twojego biura. Pytała, jak się czuję po szpitalu.
Zamilkł. Widziałam, jak mu ręka zamarła w połowie gestu zdejmowania zegarka. Nie powiedział nic przez dłuższą chwilę i w tej ciszy słyszałam tykanie zegara w przedpokoju i szeleszczenie wiatru za oknem.
– Lucyna… – zaczął.
– Nie – powiedziałam. – Najpierw ja. Trzy dni wychodziłeś rano z domu, w koszuli, z aktówką. W pracy powiedzieli, że żona leży w szpitalu. Gdzie byłeś?
Usiadł. Nie na kanapie obok mnie, tylko na fotelu naprzeciwko. Oparł łokcie na kolanach i patrzył w podłogę.
– Nigdzie – powiedział w końcu. – Nigdzie nie byłem, Lucyna. Siedziałem nad Brdą, na tej ławce koło mostu, wiesz, tam gdzie kiedyś chodziłam z Olą karmić kaczki. Siedziałem i patrzyłem na wodę.
– Trzy dni?
– Trzy dni.
Milczałam. Czekałam na resztę, na to drugie dno, na kobietę, na dług, na cokolwiek, co miałoby kształt i nazwę. Ale on dalej patrzył w podłogę i mówił cicho, że nie wie, kiedy to się zaczęło. Że od miesięcy wstaje rano i czuje, jakby ktoś położył mu na piersi betonową płytę. Że w biurze siedzi nad tabelkami i nie widzi cyfr, tylko białą plamę. Że w domu jest mu dobrze, ale jednocześnie za ciasno, za cicho i za głośno naraz.
– Dlaczego mi nie powiedziałeś? – zapytałam, i to nie było pytanie z wyrzutem, to było pytanie z bólu.
Podniósł głowę.