– Bo sam nie wiedziałem, co powiedzieć. Że co? Że mam pięćdziesiąt osiem lat, że przepracowałem trzydzieści pięć z nich, że córki wyjechały i jest mi dobrze, ale jednocześnie coś jest nie tak, i nie umiem powiedzieć co? Że chciałem po prostu posiedzieć nad rzeką i nic nie mówić? Kto tak mówi, Lucyna?
– Ludzie – powiedziałam. – Ludzie tak mówią. Do swoich żon.
Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, w salonie, w którym przez dwadzieścia siedem lat jedliśmy kolacje, oglądaliśmy telewizję, kłóciliśmy się o drobne rzeczy i milczeliśmy o dużych. Za oknem kasztanowiec właśnie zaczynał kwitnąć – białe kwiaty na tle majowego nieba.
I pomyślałam, że to jest chyba najgorsze: nie sam fakt, że Bogdan kłamał, ale to, że wygodniej mu było wymyślić mnie w szpitalu, niż powiedzieć jedne zdanie. “Źle się czuję. Potrzebuję chwili.”
Jedno zdanie. Dwadzieścia siedem lat i jedno zdanie, którego nie wypowiedział.
– Umów się do lekarza – powiedziałam.
– Nie jestem chory.
– Bogdan. Umów się do lekarza.
Skinął głową. Nie wiem, czy to zrobi. Nie wiem, czy ten wieczór cokolwiek zmienił. Nie wiem nawet, czy powinnam być wściekła, smutna, czy w jakiś dziwny, pokręcony sposób – ulżona. Bo mąż nie miał kochanki. Nie brał pożyczek. Nie grał w automaty. Mąż miał pięćdziesiąt osiem lat i chciał posiedzieć nad rzeką, ale nie umiał mi o tym powiedzieć.
Tej nocy nie zasnęłam długo. Leżałam w ciemności, słuchałam jego oddechu i myślałam o wszystkich tych razach, kiedy pytałam “co u ciebie?” i słyszałam “normalnie”. O tych wszystkich “normalnie”, które najwyraźniej nie były normalne od miesięcy. I o tym, że ja – krawcowa, kobieta, która patrzy na ludzi i widzi, jak na nich leży materiał, co im ciągnie, co im się źle układa – swojego męża nie widziałam. Albo widziałam, ale nie chciałam patrzeć za uważnie.
Rano wstał o siódmej. Ubrał białą koszulę w niebieskie paski. Wziął aktówkę. Stanął w drzwiach i spojrzał na mnie.
– Lecę – powiedział.
– Bogdan – odpowiedziałam. – Lekarz. Obiecałeś.
Skinął głową i zamknął drzwi. A ja zostałam w kuchni i patrzyłam na garnek, w którym wczorajszy rosół czekał na odgrzanie, i myślałam, że trzydzieści dwa lata to bardzo dużo, i jednocześnie – to może za mało, żeby naprawdę kogoś znać.