Kiedy podano mi pierwszą dawkę chemioterapii „Czerwonego Diabła”, to Denise usiadła obok mnie na twardym plastikowym krześle. Przyniosła ze sobą książkę z łamigłówkami, o której wiedziała, że będę nienawidzić, tylko po to, żebyśmy mogły razem na nią ponarzekać. Kiedy na parkingu dopadły mnie mdłości – gwałtowny, rozdzierający duszę odruch wymiotny – to Denise trzymała mi włosy i wycierała twarz chłodną szmatką.
„Nie musisz tego robić” – wydyszałam, ściskając papierową torbę. „Masz pracę. Masz życie”.
„To jest życie, Claire” – powiedziała.
Jej głos był twardy jak skała. „Liczy się tylko to, żeby się pokazać”.
Tydzień później pod prysznicem zaczęły mi wypadać włosy. Nie wypadały, tylko się poddawały. Patrzyłam, jak ciemne kosmyki wirują wokół odpływu niczym atrament w wodzie. Tego wieczoru weszłam do kuchni Denise z maszynką do strzyżenia, którą kupiłam w drogerii.
„Nie mogę już patrzeć w lustro i widzieć, jak mnie opuszcza” – powiedziałam jej.
Denise nawet nie drgnęła. Założyła fartuch, posadziła mnie na kuchennym krześle i nuciła cichą, kojącą melodię, odganiając resztki mojej toaletki. Kiedy skończyła, nie powiedziała, że wyglądam „odważnie” ani „pięknie”. Po prostu pocałowała mnie w czubek łysej głowy i powiedziała: „Teraz nic nie stoi między tobą a słońcem”.
Dwa dni później mama przysłała bukiet lilii. Kartka była już wydrukowana. Rodzina o Tobie myśli! Trzymaj się!
Cliffhanger: Wpatrywałam się w te więdnące lilie, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi, ukazując trójkę ludzi, których nie widziałam od miesięcy, niosących tacę z owocami z supermarketu, jakby była świętą relikwią.
Rozdział 3: Odwaga tacy z owocami
Wyglądali jak obraz podmiejskiej gracji. Moja mama, Eleanor, w świeżutkiej lnianej bluzce. Megan, promienna i opalona. I mój ojczym, Ron, krążący z tyłu z rękami w kieszeniach. Weszli do mojego salonu z ostrożną miną ludzi zwiedzających zabytkową ruinę – zafascynowani, ale uważający, żeby nie dotknąć niczego brudnego.
Skulona pod obciążonym kocem na sofie, szara barwa mojej skóry ostro kontrastowała z żywym, zawiniętym w plastik melonem, który postawili na moim stoliku kawowym.
„Wyglądasz… dobrze” – powiedziała Megan, przysiadając na samym brzegu fotela, jakby mój rak mógł się unosić w powietrzu. „Lepiej, niż się spodziewałam”.
„Jestem w połowie drugiego cyklu, Megan” – powiedziałam cienkim głosem. „Czuję się, jakbym została otruta i pobita ołowianą rurą. Ale dzięki za owoce”.
Mama skrzyżowała ręce, przybierając postać „negocjatora”. Miała specyficzny sposób przechylania głowy, którego używała, gdy miała poprosić o coś, na co wiedziała, że nie zasługuje.
„Claire, kochanie, tak bardzo się martwiliśmy. Naprawdę. Ale życie musi toczyć się dalej, prawda? Właściwie to trafiliśmy, bo jesteśmy w tarapatach i wiedzieliśmy, że zrozumiesz, jako odpowiedzialna osoba w rodzinie”.
Poczułam fantomowe swędzenie na skórze głowy. „Trochę?”