Weszła do baru Pigalle chwilę przed północą, sama, w czarnej sukience, okularach przeciwsłonecznych, mimo deszczu, i perłowym naszyjniku, który musiał być wart więcej niż wszystko, co zarobiłam w ciągu sześciu miesięcy.
Ja sprzątałam lepkie stoliki.
Moja zmiana skończyła się dwadzieścia minut wcześniej, ale szef był mi winien godziny, a ja zostałam, bo liczyło się każde euro.
Moja mama miała zaplanowaną operację w klinice na zachodnich przedmieściach. Oficjalnie część kosztów była pokryta. Nieoficjalnie były dodatkowe koszty, leki, rehabilitacja, piętrzące się długi i cichy wstyd z powodu konieczności wyboru między płaceniem czynszu a utrzymaniem kogoś przy życiu.
Kobieta nie poprosiła o szampana.
Żadnego towarzystwa.
Nawet stolika.
Zapytała, czy chce mnie widzieć.
„Czy jesteś Julien?” zapytała.
Wytarłem ręce w fartuch.
„Zależy, kto pyta”.
Popatrzyła na mnie spokojnie.