Zniszczona, porysowana zapalniczka Zippo zadrżała mi w dłoniach, zanim jeszcze spróbowałam ją otworzyć.
Nie z powodu przenikliwego zimna, choć górskie powietrze chaty Blackwood już wniknął w moje artretyczne kości niczym osobista zniewaga. Nie z powodu surowego, duszącego żalu. Mój syn, Gabriel, zginął w akcji trzy tygodnie temu w zakurzonej, bezimiennej dolinie na drugim końcu świata. Jego trumna, okryta flagą, już leżała w ziemi. Żal był żywą, oddychającą istotą w tym samym pokoju, wciskającą się w moje żebra, wpełzającą pod skórę z każdym lodowatym oddechem.
Dłonie mi się trzęsły, bo właśnie poczułam, jak coś się porusza w metalowej obudowie zapalniczki.
Kiedy oficerowie pogotowia wojskowego podeszli do drzwi, wręczyli mi rzeczy osobiste Gabriela. Moja synowa, Camilla, łapczywie wyrwała kopertę z jego obrączką i zegarkiem. Ale rzuciła zakrwawione nieśmiertelniki i tę tandetną, zmatowiałą zapalniczkę Zippo na kuchenny blat z wyrazem głębokiego obrzydzenia. „Zatrzymaj te graty, Mario” – prychnęła, po czym odwróciła się do lokalnej ekipy telewizyjnej, którą zaprosiła do domu, żeby sfilmować ją w roli tragicznie płaczącej wdowy po wojskowym.
Niecałe czterdzieści osiem godzin po pogrzebie Camilla spakowała moje ubrania do worków na śmieci. Stała w wielkim holu posiadłości Sterling – domu, który Gabriel dla nas kupił – ubrana w idealnie dopasowaną czarną sukienkę, ocierając przed kamerami łzy, których nie było. Powiedziała reporterom, że dom kryje w sobie „zbyt wiele bolesnych wspomnień o jej bohaterze” i że sprzedaje go, żeby założyć organizację charytatywną.
Potem, gdy kamery odjechały, wskazała mi tę zrujnowaną, odciętą od świata górską chatę bez bieżącej wody. „Wynoś się z mojego domu, ty bezużyteczna staruszko” – wyszeptała jadowicie. „Idź gnij w lesie. Teraz wszystko należy do mnie”.
Usiadłam na połamanych deskach podłogi lodowatej chaty, mocniej otulając się cienkim szalem. Przesunęłam kciukiem po wygrawerowanym orle na zapalniczce Zippo. Gabriel nie palił od dziesięciu lat. Po co mu to było?
Wyciągnęłam metalową wkładkę z obudowy. Coś małego i mosiężnego wpadło mi w dłoń.
Klucz.
I ciasno owinięty wokół niego, maleńki skrawek wodoodpornego papieru wojskowego. Rozłożyłam go zdrętwiałymi, niezdarnymi palcami. Pismo było pospieszne, postrzępione i bez wątpienia należało do mojego syna.
Mamo. Trzecia deska podłogi od kominka. Zaufaj Kapitanowi.