Nie zostałam w tym wspaniałym domu. Był za duży, za bardzo rozbrzmiewał echem,
zbyt pełne duchów.
Zamiast tego, z pomocą Arthura, sprzedałem posiadłość na warunkach prawnych ustalonych przez Gabriela. Wziąłem miliony ze sprzedaży, połączyłem je z wypłatą z wojskowego ubezpieczenia na życie i wróciłem w góry.
Nie zachowałem chaty Blackwood jako gnijącego pomnika mojego cierpienia. Zatrudniłem wykonawców. Zerwaliśmy spleśniałe deski podłogowe, ociepliliśmy ściany, zainstalowaliśmy bieżącą wodę, panele słoneczne i rozbudowaliśmy teren, tworząc piękny, rozległy domek otoczony cichą, dostojną zielenią sosen.
Zmieniłem nazwę na Gabriel Miller Retreat.
To nie jest hotel komercyjny. To w pełni finansowane sanktuarium dla matek ze Złotymi Gwiazdami, pogrążonych w żałobie małżonków wojskowych i weteranów, którzy potrzebują miejsca, by odetchnąć, wyzdrowieć i zaplanować kolejne kroki, gdy świat wydaje się walić im na głowę.
Czasami Arthur przyjeżdża z miasta. Siedzimy na szerokiej, drewnianej werandzie, popijając kawę i obserwując, jak poranna mgła przetacza się przez drzewa. Nie wystawia mi rachunku za te godziny. Mówi, że tylko sprawdza stan swojego oddziału.