W deszczu, który zdawał się nie mieć końca, Marie stała przed bramą szkoły.
Jej palce drżały lekko na rączce starego parasola.
Jej wzrok był utkwiony w Gabrielu, który szedł w stronę wyjścia z torbą na ramieniu, już wysoki, prawie jak mężczyzna.
Miał czystą koszulę, pewny krok, poważną twarz.
A jego oczy… te oczy wciąż były w stanie ponownie otworzyć jej serce.
Ale to nie Gabriel sprawił, że jej pierś tak mocno pulsowała.
To był nieruchomy mężczyzna kilka metrów dalej.
Przemoczony do szpiku kości.
Twarz naznaczona zmęczeniem.