Ramię miał niższe niż wcześniej, jakby lata ciążyły mu bardziej, niż sobie wyobrażał.
Julien.
Gabriel nie od razu wyczuł napięcie wiszące w powietrzu.
„Mamo?” zawołał, podchodząc. „Co ty tu robisz?” „Leje jak z cebra…”
Marie chciała odpowiedzieć.
Nie wydobył się z niego żaden dźwięk.
Wtedy Julien zrobił krok.
Potem kolejny.
Każdy zdawał się go kosztować.
Kiedy stanął przed nimi, ich oczy spotkały się po raz pierwszy od siedemnastu lat.
„Marie…”
Jego głos był głębszy, bardziej załamany niż wcześniej.
Nie był już tym młodym mężczyzną, który uwiódł ją za ladą w kawiarni.
Był zmęczonym mężczyzną, przepełnionym żalem, pochłoniętym czymś, co w końcu przypominało wstyd.
Gabriel zmarszczył brwi, a jego wzrok przeskakiwał z jednego na drugi.
„Znasz go?”
Marie milczała.
Przez sekundę.