Rachel wciąż nie odpowiadała.
W karku poczułem ukłucie autentycznego niepokoju. Rachel była dramatyczna, owszem, ale nigdy nie była tak obojętna. Zazwyczaj pisała SMS-a przynajmniej raz rano, żeby sprawdzić, co u Logana, ponarzekać na kaca czy niewyspanie. Otworzyłem jej kontakt, żeby do niej zadzwonić, zastanawiając się, czy powinienem się martwić, że zasnęła przy biurku albo że miała drobny wypadek w drodze do domu.
Zanim mój kciuk zdążył nacisnąć przycisk połączenia, zadzwonił dzwonek do drzwi.
To nie był uprzejmy, przyjazny dźwięk. To były trzy mocne, autorytatywne, rytmiczne puknięcia.
Kapelusz zadrżał ciężkim dębowym drewnem w ramie.
Zmarszczyłem brwi i odłożyłem telefon. „Zostań tu i dokończ naleśniki, kolego” – zawołałem do Logana, idąc w stronę przedpokoju. „Ja otworzę”.
Otworzyłem zasuwkę i otworzyłem drzwi.
Na moim ganku stali dwaj umundurowani policjanci. Jeden z nich był starszym mężczyzną o siwiejących włosach i surowej, zniszczonej twarzy. Drugi był młodszy, wyglądał na niesamowicie spiętego, a jego dłoń spoczywała nonszalancko, ale celowo przy pasie.
Serce natychmiast podskoczyło mi do gardła.
„Czy jesteś Jessicą Moore?” – zapytał starszy policjant głębokim, pozbawionym ciepła głosem.
„Tak” – powiedziałem powoli, ściskając krawędź drzwi. Poczułem zimny dreszcz. „Czy… czy to Rachel? Czy był wypadek?”
Starszy policjant nie odpowiedział na moje pytanie. Zrobił pół kroku do przodu, naruszając moją przestrzeń osobistą na tyle, by narzucić mi fizyczną dominację.
„Proszę pani, proszę wyjść na werandę” – rozkazał starszy funkcjonariusz. „Została pani aresztowana za porwanie”.
Słowo zawisło w mroźnym porannym powietrzu, ciężkie, absurdalne i zupełnie niezrozumiałe. Miałam wrażenie, jakby przemówił do mnie w obcym języku.
„Co?” – wykrztusiłam, a z moich ust wyrwał się nerwowy, mimowolny śmiech. „Nie. Nie, nastąpiła pomyłka. Opiekuję się siostrzeńcem. Jego matka prosiła mnie, żebym się nim zaopiekowała wczoraj wieczorem”.
Jakby czekając na swoją kolej w źle napisanej sztuce teatralnej, Rachel nagle wyłoniła się zza dwóch funkcjonariuszy, wyłaniając się z cienia filarów werandy.
Ledwo rozpoznałam własną siostrę.
Jej włosy były celowo potargane. Nie miała na sobie makijażu poza tuszem do rzęs, który w tej chwili spływał grubymi, czarnymi, teatralnymi smugami po jej bladych policzkach. Wyglądała jak pogrążona w żałobie, histeryczna matka wyjęta prosto z popołudniowej opery mydlanej.
„Ukradła go!” wrzasnęła Rachel, a jej głos gwałtownie się załamał. Wycelowała drżącym, oskarżycielskim palcem prosto w moją twarz. „Ma na jego punkcie obsesję! Panie władzo, mówiłam panu! Jest bezpłodna! Stara się o dziecko od pięciu lat, mówiła, że zrobi wszystko, żeby je mieć, a teraz próbuje odebrać mi moje!”
Dosłownie opadła mi szczęka. Czyste, złośliwe okrucieństwo tego kłamstwa całkowicie pozbawiło mnie tchu. To był fizyczny cios w pierś. Użyła mojego najgłębszego, najbardziej bolesnego, osobistego bólu – bólu, o którym wypłakałam jej ramię – i przerobiła go na motyw ohydnej zbrodni.