Justyna weszła do kuchni w szlafroku i z miną kogoś, kto ma zaplanowaną każdą minutę.
“O, przeczytałaś” – powiedziała, nalewając sobie kawę. “To żebyś wiedziała, jak jest z chłopcami. My z Grzesiem chcemy iść rano na spacer do portu, potem może gdzieś na śniadanie. Ty weźmiesz chłopców na plażę, dobrze?”
Nie pytała. Informowała.
“A potem obiad” – dodała. “Może zrobisz te kotlety co wczoraj? Filipowi smakowały.”
Więc tak to wyglądało. O ósmej karmiłam chłopców śniadaniem. O dziewiątej pakowałam torbę plażową – ręczniki, krem, wodę, kanapki, wiaderka, foremki, zapasowe majtki dla Antka, bo jeszcze mu się zdarzało.
O dziesiątej szłam z nimi na plażę i przez trzy godziny pilnowałam, żeby Filip nie wchodził za głęboko, Antek nie jadł piasku, żaden z nich nie uciekł za daleko, nie poparzyło ich słońce, nie zgubili klapek. Smarowałam, wycierałam, budowałam zamki, biegałam do wody z wiaderkiem, nosiłam Antka na rękach, kiedy się zmęczył.
O trzynastej wracałam z dwójką zmęczonych, obrażonych na cały świat dzieci, robiłam obiad. Po obiedzie zmywałam, rozkładałam mokre ręczniki, trzepałam piasek z butów. Koło piętnastej Justyna i Grzegorz wracali z kolejnej kawiarni, opaleni i roześmiani.
“I jak, chłopcy grzeczni byli?” – pytał Grzegorz.
“Złoto, nie dzieci” – odpowiadałam, bo tak się mówi.
A potem Justyna oznajmiała, że wieczorem chcą z Grzesiem iść na kolację, bo znaleźli taki fajny lokal z rybami, i czy mogę wykąpać chłopców i położyć spać. Kąpałam, czytałam bajki, głaskałam po głowach, śpiewałam “a-a-a, kotki dwa” Antkowi, który nie mógł zasnąć.
A kiedy wreszcie obaj spali, siadałam na tarasie z herbatą i bolącymi nogami. Las sosnowy szumiał, morze gdzieś szumiało za wydmami – a ja byłam tak zmęczona, że nie miałam siły dojść na plażę i chociaż popatrzeć.
Trzeciego dnia – to samo. Czwartego – to samo.
Czwartego wieczorem Antek się rozpłakał, bo chciał do mamy. Zadzwoniłam do Justyny. Odebrała po piątym sygnale. “Mamo, daj mu misia i połóż obok siebie. My tu właśnie zamawiamy deser.” W tle muzyka, śmiech, brzęk kieliszków.
Przytuliłam Antka. Pachniał kremem z filtrem i piaskiem. “Babciu, a ty lubisz tu być?” – zapytał, patrząc na mnie tymi swoimi okrągłymi oczami.
“Lubię, skarbie” – powiedziałam.
I to była prawda. Ale tylko kawałek prawdy. Bo lubiłam być z nimi. Nie lubiłam tego, czym tu byłam.
Piątego dnia Justyna zostawiła kolejną kartkę – dłuższą, bo jechali z Grzesiem na rejs katamaranem. Przeczytałam ją, złożyłam na pół i zamiast schować do kieszeni, położyłam na stole.
Kiedy wrócili wieczorem, chłopcy spali, a ja siedziałam na tarasie z herbatą, która dawno ostygła.
“Justyna, usiądź” – powiedziałam.
Coś w moim głosie musiało zabrzmieć inaczej niż zwykle, bo usiadła bez słowa. Grzegorz zerknął na nas, wymamrotał coś o sprawdzeniu chłopców i zniknął w domu.
“Zaprosiłaś mnie na wakacje czy do pracy?” – zapytałam.
Justyna otworzyła usta, ale nic nie powiedziała.
“Bo ja sobie nie przypominam, żebyśmy choć raz poszły razem na plażę. Żebyś mnie zapytała, czy chcę zobaczyć Łebę. Czy chcę loda. Czy bolą mnie nogi. Ja dostaję codziennie listę obowiązków jak praktykantka na pierwszym dniu. A jestem twoją matką.”
Cisza. Las szumiał za tarasem, gdzieś daleko krzyczała mewa.