“Bo ja nie umiem z tobą po prostu być, mamo” – powiedziała Justyna cicho, nie patrząc na mnie.
Zaczęła mówić – urywanymi zdaniami, jakby każde bolało. Że się boi moich oczu, które “zawsze oceniają”. Że jak siada obok mnie, czeka na uwagę – o dzieciach, o Grzegorzu, o jej wyborach. Że łatwiej jej dać mi zadanie niż usiąść ze mną i rozmawiać, bo na plaży mogłabym powiedzieć coś, co boli.
Chciałam powiedzieć, że to nieprawda. Ale zamknęłam usta. Bo może trochę to była prawda. Może przez te dwadzieścia siedem lat za ladą nauczyłam się więcej oceniać niż rozmawiać. Może Justyna patrzyła na mnie i widziała kogoś, kto zawsze wie lepiej – a ja patrzyłam na nią i widziałam kogoś, kto mnie nie chce. I obie się myliłyśmy. I obie miałyśmy trochę racji.
“Jutro rano idę na plażę” – powiedziałam. “Bez wiaderek, bez kremu, bez grafiku. I chciałabym, żebyś poszła ze mną.”
Justyna kiwnęła głową. Nie powiedziała “dobrze, mamo” – po prostu kiwnęła. Ale to było więcej niż wszystkie jej “mhm” z ostatnich lat razem wzięte.
Szóstego dnia poszłyśmy na plażę same. Chłopców zabrał Grzegorz. Nie rozmawiałyśmy wiele. Justyna kupiła mi gofrę z bitą śmietaną i powiedziała: “Pamiętasz, jak mi kupowałaś taką w Sopocie, jak byłam mała?”
Pamiętałam.
Siódmego dnia, ostatniego, na blacie kuchennym leżała kartka. Ten sam notes w kratkę, to samo pochyłe pismo. Grafik dla chłopców, instrukcje, godziny. Ale na samym dole, oddzielone kreską, było dopisane:
“Wieczorem – spacer z mamą. Bez listy.”
Cztery słowa. Od których zrobiło mi się cieplej niż od całego tygodnia nad Bałtykiem.