
Zięć powiedział, że wynajął domek w Łebie na całą rodzinę. Byłam wzruszona — pierwszy raz mnie gdzieś zaprosili. Drugiego dnia córka zostawiła mi listę.
Smarowałam Antkowi plecy kremem z filtrem piećdziesiątką, a on wił się jak piskorz i sypał mi piaskiem w oczy. Filip gdzieś pognał z wiaderkiem w stronę wody i krzyczałam za nim “Filip, nie wchodź głębiej niż do kolan!”, a wiatr znad Bałtyku wyrywał mi słowa z ust.
Miałam sześćdziesiąt dwa lata, bolały mnie kolana i kręgosłup – a biegałam po plaży jak dwudziestolatka. Gdzieś za wydmami Justyna z Grzesiem szli na kawę do tej ładnej kawiarni z widokiem na port. Sami.
A ja przecież miałam tu odpoczywać.
Kiedy Grzegorz zadzwonił w maju i powiedział, że wynajął domek w Łebie na cały tydzień, a ja mam jechać z nimi, przez chwilę zabrakło mi słów. Dwadzieścia siedem lat stałam za ladą w sklepie spożywczym na Pradze – na zmianę rano i popołudniu, w soboty do czternastej – i marzyłam o jednym.
Że kiedyś moje dzieci zabiorą mnie nad morze. Nie na wycieczkę z parafii, nie na turnus z ZUS-u. Po prostu – rodzinne wakacje. Grzegorz śmiał się do telefonu: “No pakuj się, mamo, domek jest drewniany, z tarasem, las sosnowy dookoła.” Mamo – tak do mnie mówił, ciepło, naturalnie. Justyna od paru lat mówiła raczej “mhm” albo “dobra, to cześć”.
Do wyjazdu spakowałam się trzy dni wcześniej. Kupiłam nowy kostium kąpielowy – pierwszy od chyba piętnastu lat. Wzięłam krówki dla wnuków i krem do opalania dla siebie. Wyobrażałam sobie, jak leżymy wszyscy razem na kocu, jak Justyna smaruje mi plecy, jak Grzegorz przynosi lody, a chłopcy budują zamek z piasku.
Pierwszego dnia było prawie tak, jak sobie wyobrażałam. Prawie – bo Justyna od razu zaczęła organizować kuchnię z chirurgiczną precyzją: tu przyprawy, tu przekąski dla dzieci, tu kubki, tu ich kubki.
Wieczorem ugotowałam ziemniaki z kotletami, Filip zjadł dwa i powiedział “babciu, pycha”, a mnie zrobiło się ciepło aż pod oczami. Grzegorz mrugnął: “Widzi pani, mamo, jaki z niego smakosz.” Justyna milczała. Potem przy zmywaniu powiedziała cicho: “Mamo, jutro ja gotuję. Chłopcy mają swój rytm żywieniowy.”
Pokiwałam głową.
Drugiego dnia rano znalazłam kartkę na blacie kuchennym, przytrzymaną kubkiem z resztką kawy. Zwykła kartka z notesu w kratkę, zapisana drobnym pismem Justyny.
“Filip – śniadanie 8:00, bułka z serem i ogórek, NIE dżem. Antek – owsianka, ale nie za gęsta, bo się dławi. Na plażę zabrać: krem 50, czapki, wodę, kanapki, wiaderko niebieskie (zielone ma pęknięte ucho). Kąpiel o 18:00, najpierw Filip, potem Antek. Antek nie lubi za ciepłej wody. Bajka o 19:30, sen o 20:00. Nie dawać tableta.”
Odwróciłam kartkę. Może na odwrocie jest coś jeszcze. Może choćby jedno zdanie zaczynające się od “Mamo, a ty…”. Nie było.