
Znajoma z osiedla podeszła do mnie w Biedronce i powiedziała cicho: “Nie chcę się wtrącać, ale twój mąż był wczoraj w Empiku z taką rudą, trzymali się za ręce”. Wieczorem zapytałam, co robił wczoraj po południu. Powiedział, że siedział u Zbyszka i oglądali mecz.
Dwadzieścia trzy lata małżeństwa i ani razu nie miałam powodu, żeby sprawdzać telefon Wiesława. Ani razu nie przeszukiwałam kieszeni marynarki, nie wąchałam koszul, nie przeglądałam historii połączeń.
Byłam dumna z tego zaufania – nosiłam je jak odznakę porządnej żony. A potem Basia Krawczyk stanęła przy regale z pieczywem w Biedronce i jednym zdaniem zabrała mi wszystko, w co wierzyłam.
– Jolka, nie chcę się wtrącać – zaczęła tym swoim szeptem, który na osiedlu słyszeli wszyscy. – Ale twój Wiesław był wczoraj w Empiku z taką rudą. Trzymali się za ręce.
Wzięłam chleb tostowy, włożyłam do koszyka i powiedziałam, że pewnie to była kuzynka. Basia pokiwała głową, ale jej oczy mówiły co innego. Wiesław nie miał żadnej kuzynki.
Do domu jechałam dziesięć minut dłużej niż zwykle, bo trzy razy skręciłam nie tam, gdzie trzeba. W głowie miałam jedną myśl na okrągło – jak karuzelę, której nie da się zatrzymać. Ruda. Empik. Za ręce. Ruda. Empik. Za ręce.
Pracuję w księgowości od osiemnastu lat – jestem przyzwyczajona do tego, że cyfry się zgadzają albo nie. Nie ma czegoś pośrodku, nie ma “prawie się bilansuje”. I nagle całe moje życie wyglądało jak bilans, który ktoś sfałszował, a ja przez lata podpisywałam go bez czytania.
W domu postawiłam siatkę na blacie i zaczęłam rozkładać zakupy. Masło do lodówki, chleb do chlebaka, pomidory na parapet – żeby dojrzały, bo Wiesław lubi mocno czerwone. I wtedy stanęłam z tym pomidorem w ręku i pomyślałam: a dlaczego ja właściwie dbam o to, jakie pomidory lubi Wiesław?
Wieczorem siedział w fotelu z pilotem. Mecz. Zawsze mecz.
– Co robiłeś wczoraj po południu? – zapytałam lekko, jakby to było pytanie o pogodę.
Nawet nie oderwał wzroku od ekranu.
– U Zbyszka byłem. Oglądaliśmy mecz.
– Który mecz?
Cisza. Dwie sekundy, może trzy – ale ja te sekundy policzyłam, bo księgowa liczy wszystko.
– No ten… Legia grała.
Legia grała we wtorek, nie w środę. Wiem, bo Zbyszek – ten prawdziwy Zbyszek, sąsiad z czwartego piętra – głośno komentował przez balkon we wtorek wieczorem i obudziło to Maćka z drugiego.
Nie powiedziałam nic. Poszłam do kuchni, umyłam pomidory i pokroiłam je na kolację. Położyłam na talerzu z mozzarellą, posypałam bazylią, jak w przepisie z gazety, który wycięłam trzy lata temu. Zrobiłam to wszystko na autopilocie, a w głowie układałam plan – tak jak układam arkusze w Excelu. Kolumna A: co wiem. Kolumna B: czego nie wiem. Kolumna C: jak się dowiedzieć.
Następnego dnia wzięłam wolne w pracy. Powiedziałam pani Bożenie, że mam wizytę u lekarza. Pierwsza kłamstwo od lat – ale uznałam, że mam prawo, skoro mój mąż kłamał regularnie.
Pojechałam pod biuro Wiesława. Pracował jako kierownik zmiany w drukarni na Bronowicach – taką zwykłą, osiedlową drukarnię, gdzie robili ulotki i wizytówki. Zaparkowałam przy sklepie naprzeciwko i czekałam.