Znajoma z osiedla podeszła do mnie w Biedronce i powiedziała cicho: “Nie chcę się wtrącać, ale twój mąż był wczoraj w Empiku z taką rudą, trzymali się za ręce”. Wieczorem zapytałam, co robił wczoraj po południu
Czułam się głupio. Pięćdziesięcioletnia kobieta w fiecie punto, z termosem herbaty, śledzi własnego męża. Jak w kiepskim serialu. Tylko że w serialu bohaterka jest piękna i zdecydowana, a ja miałam brudną szybę i zbyt ciasne buty, bo rano wzięłam pierwsze z brzegu.
O dwunastej Wiesław wyszedł. Sam. Wsiadł do samochodu i pojechał – a ja za nim, z trzema samochodami między nami, jak w filmie, którego nigdy nie chciałam oglądać.
Zatrzymał się pod Galerią Lublin. Wszedł do środka. Poszłam za nim, trzymając się w odległości, chowając się za filarami jak idiotka. I wtedy ją zobaczyłam.
Ruda. Basia miała rację – ruda, szczupła, w kwiecistej sukience, jakieś czterdzieści lat, może mniej. Wiesław podszedł do niej i – nie, nie złapał jej za rękę. Zrobił coś gorszego. Dotknął jej policzka. Tym gestem, który ja znałam. Tym samym ruchem kciuka po skroni, który robił mi dwadzieścia lat temu, kiedy jeszcze na mnie patrzył.
Wróciłam do samochodu. Nie płakałam. Byłam za spokojna jak na kogoś, komu właśnie runął świat – i to mnie przerażało bardziej niż to, co widziałam. Gdzie są łzy, gdzie jest krzyk, gdzie jest ta rozpacz, którą powinnam czuć? Siedziałam i myślałam o tym, że trzeba będzie odebrać Maćkowe spodnie z pralki, bo się gniotą.
Maciek, nasz syn – dwadzieścia dwa lata, trzeci rok na politechnice w Lublinie. Mieszkał na stancji, ale przyjeżdżał w weekendy na obiad. Co mu powiem? Że tata ma inną? Że tata dotyka policzka obcej kobiety tym samym gestem, którym kiedyś dotykał mamy?
Wieczorem Wiesław wrócił o szóstej, jak zawsze. Zjadł kotlety, pochwalił ziemniaki. Zapytał, czy dobrze się czuję, bo jestem blada.
– Wiesław – powiedziałam, kiedy myła garnek. – Kto to jest ta ruda kobieta?
Garnek wyślizgnął mu się z rąk i huknął o zlew. Nie odwrócił się. Stał tyłem do mnie i widziałam, jak sztywnieją mu ramiona, jak zaciska dłonie na krawędzi zlewu.
– Jaka ruda? – powiedział do ściany.
– Ta, z którą byłeś w Empiku. I dziś w galerii. Nie kłam, bo byłam tam. Widziałam.
Odwrócił się powoli. Miał taką minę, jakiej nie widziałam nigdy – jakby ktoś go przyłapał na kradzieży w sklepie. Małego chłopca, nie pięćdziesięcioletniego mężczyznę.
– Jolka, ja ci wytłumaczę…
– Nie – przerwałam mu. – Nie tłumacz. Pytam prosto: masz romans?
Cisza. Tym razem dłuższa niż dwie sekundy. Dłuższa niż cokolwiek, co pamiętam.
– To nie tak, jak myślisz.
– A jak? Bo ja myślę tak: mój mąż kłamie, że jest u Zbyszka, a sam trzyma za rękę inną kobietę i dotyka jej twarzy. Jak inaczej mam to myśleć?
Usiadł na krześle. Ciężko, jakby nagle zważył dwa razy tyle.
– Od trzech miesięcy – powiedział cicho.
Trzy miesiące. Dwanaście tygodni. Liczyłam wstecz – marzec, kwiecień, maj. W marcu kupiliśmy nową pralkę. W kwietniu byliśmy razem na imieninach u Zbyszka – tego prawdziwego. W maju posadziliśmy pomidory na balkonie. Przez te wszystkie pralki, imieniny i pomidory on miał kogoś innego.
– Jak ma na imię? – zapytałam, bo to pytanie przyszło pierwsze.
– Jolka, to nie ma znaczenia…
– Dla mnie ma. Jak ma na imię?
– Agnieszka.
Agnieszka. Zwykłe imię. Nie jakieś egzotyczne, nie filmowe – Agnieszka. Pewnie lubi pomidory z bazylią i ma w szufladzie wycięte z gazety przepisy. Pewnie jest normalna, jak ja. I to bolało bardziej niż wszystko – że nie zastąpiła mnie ktoś lepszą, piękniejszą, młodszą. Zastąpiła mnie inna zwykła kobieta.
– Zbieraj rzeczy – powiedziałam.